Stefan
Żeromski „Syzyfowe prace” fragmenty
I
Termin odstawienia Marcina do szkoły
przypadł na dzień czwarty stycznia. […]
We frontowej ścianie tego domostwa
połyskiwały dwa okna sześcioszybowe, a nad drzwiami wchodowymi czerniała
tablica z napisem: Naczalnoje Owczarskoje Ucziliszcze. Obok budynku
szkolnego stała skromnie niewielka obórka i tuliła się, nieco mniejsza od
obórki, kupka krowiego nawozu. Między drogą a domem znajdowała się pewna
przestrzeń, zapewne warzywny ogródek, w którym tego dnia sterczało jedno jakieś
drzewko obciążone mnóstwem sopli. Dokoła tego placu biegł płot z powyłamywanymi
kołkami. […]
Mrok z wolna zalegał pokoik. Pan Borowicz
przysunął swe krzesło do rogu kanapki szczelnie wypełnionego przez panią
Wiechowską i półgłosem zaczął prowadzić z nią ostateczną umowę o „leguminy”,
jakich miał dostarczyć w zamian za światło udzielać się mające w tym domu jego
synowi.
Marcinek stał teraz obok matki i słuchał,
jak ojciec mówił:
— Kaszy, wie pani, to nie mogę, bo ani mój
młynarz tego jak się patrzy nie zrobi — a zresztą, wie pani… Wolę za to kazać
zemleć na pytel pszenicy. Będziesz pani miała czy na kluski, na łazanki, czy
choćby też ciastko jakie upiec, żeby się przecie chłopczyna rozerwał. Grochu…
ileż byś pani chciała?…
Słowa te wnikały aż do głębi umysłu
chłopca i sprawiały mu ból istotny. Teraz pojmował, że naprawdę w szkole
zostaje. W tym brzmieniu mowy ojca, w naradach z nauczycielką czuł po raz
pierwszy ton handlowy i nieodwołalną konieczność ulegania swemu losowi.
[…] Nauczycielka trzymała młodego
Borowicza za rękę, gdy konie ruszyły z miejsca, a pan Wiechowski klepał go po
ramieniu. […] Chłopak z nagła wrzasnął przeraźliwie, szarpnął się, wyrwał z rąk
nauczycielki i pędem pobiegł za sankami. Trafił na rów idący wzdłuż drogi, jednym
susem wybrnął z zaspy i pędził przed siebie. Odbiegłszy od światła, nic nie
widział w ciemności. Potknął się raz, drugi na jakichś kołkach i upadł na
ziemię wrzeszcząc co sił:
— Mamusiu, mamusiu!
Obydwoje nauczycielstwo schwycili go pod
ręce i zaprowadzili przemocą do szkoły. Janczary dzwoniły gdzieś daleko coraz
ciszej, jakby spod wydm śniegu.
— Nigdy nie spodziewałam się czegoś
podobnego! Nigdy! Żeby taki duży chłopiec chciał uciekać do Gawronek… Pfe,
brzydko! — sapała nauczycielka.
Marcinek ucichł, ale nie ze wstydu. Dusiło
go jakieś bolesne zdumienie: gdzie rzucił okiem, nigdzie matki nie było. W mózg
jego wrzynała się myśl jak drzazga: nie ma, nie ma, nie ma… Ze ściśniętymi
zębami wszedł do mieszkania, usiadł na wskazanym przez nauczycielkę krzesełku i
słuchając jej długiego kazania ciągle myślał o matce. […]
Marcinek ubrał się z mozołem, bo aż dotąd
matka mu pomagała myć się i ubierać, szybko wypił kubek gorącego mleka i
czekał. Po śniadaniu nauczycielowa wzięła go za rękę i tak jak stała, w białym
kaftaniku, wprowadziła do izby szkolnej. Gdy się drzwi otwarły, w głowie
Marcina prześliznęła się zaraz myśl: to jest kościół, nie żadna szkoła…
Izba była pełna. Na wszystkich ławkach
siedzieli chłopcy i dziewczęta. Gromadka najpóźniej przybyłych, nie znalazłszy
miejsca, stała pod oknem. Chłopcy siedzieli w sukmankach, w ojcowskich
spancerach, nawet w matczynych lejbikach, niektórzy mieli szyje okręcone
szalikami, a ręce w wełnianych rękawicach; dziewczęta miały na głowach zapaski
i chuściny, jakby się znajdowały nie w dusznej izbie, lecz wśród zasp szczerego
pola. Wszystko kaszlało […]
Drzwi od sieni rozwarły się szeroko i
wszedł nauczyciel. […] Wiechowski spoglądał przez chwilę ponuro na zalęknioną
gromadę, następnie otworzył dziennik i zaczął czytać listę. Kiedy wymieniał
jakieś imię w brzmieniu rosyjskim i nazwisko, izbę zalegała śmiertelna cisza.
Dopiero po upływie pewnego czasu dawały się słyszeć szepty, podpowiadania,
wynikało szturchanie i kopanie nogami danego indywiduum, no i koniec końców z
jakiegoś miejsca ukazywała się ręka dziecka i słychać było głos:
— Jest.
— Nie jest wcale, tylko jest' — wołał
głośno nauczyciel. Sam wymawiał kilkakroć ten wyraz dobitnie, dla przykładu,
miękcząc ostatnią spółgłoskę. Miało to taki skutek, że gdy z kolei czytał nazwiska,
chłopcy wstawali i podnosili palce wołając z całą satysfakcją i w brzmieniu
zupełnie swojskim:
— Jeść!
Marcinek nie pojmował z tego wszystkiego
nic zupełnie, bo ani wymagań prefesura, ani całej ceremonii, a już najmniej
objawów tak powszechnej żądzy jedzenia.
[…] Nauczyciel poprawiał kiedy niekiedy
akcenty wyrazów. Tymczasem w całej izbie szkolnej gwar się ciągle szerzył.
Słychać było dźwięki: a, be, ce, de, e… albo: a, be, we, że, ze…
Dzieci, które umiały już alfabet,
„pokazywały” go symplakom świeżo przybyłym: niektóre uczyły towarzyszów
ślabizoka, a przeważna większość, patrząc niby to w elementarze i mrucząc coś
pod nosem, nudziła się haniebnie. […]
II
W ciągu dwumiesięcznej bytności w szkole
Marcinek „zdumiewające uczynił w naukach postępy”. Tak donosiła listownie
rodzicom chłopca pani nauczycielowa.
W istocie Marcinek umiał już czytać (rzecz
prosta — po rosyjsku), pisać dyktanda, robić zadaczki na cztery działania i
począł nawet ćwiczyć się w obu rozbiorach: etymologicznym i syntaktycznym. […]
Istotną trudność stanowiła dla małego
Borowicza — arytmetyka. […]
Rzeczywiście największe postępy Marcinek
zrobił w katechizmie ks. Putiatyckiego i w kaligrafii. Można go było przebudzić
z twardego snu o północy i zapytać: — „Co za naukę stąd brać mamy, że Pan Bóg
jest dobrym i sprawiedliwym sędzią?” — a odpowiedziałby był jednym tchem, bez
namysłu i wahania: „Stąd, że Pan Bóg jest sprawiedliwym sędzią, brać mamy tę
naukę…” itd.
W kaligrafii lubił się znowu ćwiczyć na
własną rękę. Zastępowała mu ona poniekąd rozrywki fizyczne, spacer i hasanie po
dalekich miejscach. Nauczyciel zastawał go niejednokrotnie bazgrzącego z
niezmiernym entuzjazmem litery ogromne i koślawe, już to kredą na tablicy, już
piórem na starych kajetach. […] Nie pozwalano mu […] bawić się z chłopakami
wiejskimi ze względu na tzw. dobre wychowanie. Siedział tedy ciągle w pokoju
państwa Wiechowskich i kształcił swój umysł. […]
III
Na dolnym korytarzu gimnazjum klasycznego
w Klerykowie znajdowało się mnóstwo osób. Byli tam urzędnicy, szlachta, księża,
przemysłowcy, a nawet zamożniejsi chłopi. Cały ten tłum stanowił w owej chwili
jedną kategorię: rodziców.
Korytarz był długi, wyłożony posadzką z
piaskowca i bardzo dobrze przypominał pierwotną swoją fizjonomię: korytarz
klasztorny. […] Z prawej i lewej strony był szereg drzwi prowadzących do sal
szkolnych. […]
Na drugim krańcu korytarza znajdowała się
kancelaria gimnazjalna, do której nieustannie wchodzili przybywający
profesorowie. Tłum osób zwiększał się również.
Szmer żywej a przyciszonej rozmowy,
przyciszonej z tego na ogół względu, że prowadzona była po polsku w obrębie
murów gimnazjum rosyjskiego — wznosił się i nacichał.
W ciżbie osób chodzących wzdłuż korytarza
znajdowała się także pani Borowiczowa i Marcinek, kandydat do klasy wstępnej.
Kandydat ubrany już był „po męsku”: zdjęto mu nareszcie sznurowane trzewiki i
pończochy, odziano w rzeczywiste spodnie, sięgające aż do samych obcasów nowych
kamaszków z gumami. […]
Ażeby przywdziać mundur — należało zdać
egzamin. Prośba o zaliczenie Marcinka w poczet uczniów klasy przygotowawczej
wraz ze świadectwem ogólnego stanu majątkowego rodziców, szczepienia ospy,
metryką etc. — podana została na imię dyrektora o dwa miesiące wcześniej. W
danej chwili czekano wyznaczenia terminu egzaminów. Termin taki był właśnie
treścią ożywionej rozmowy osób spacerujących. […]
Żaden z pedagogów klerykowskich, a tym
bardziej żaden z tak zwanych pomocników gospodarzy klas, nie był w możności dać
odpowiedzi choć w przybliżeniu prawdopodobnej. Szczególniej zaniepokojonymi
owym dniem tajemniczym czuli się obywatele ziemscy i na ogół ludzie z daleka
przybyli. […] Stąd powstawały namiętne szepty i zasięganie informacji. […]
— Proszę też pani — rzekł szeptem,
przystępując do pani Borowiczowej — nic nie wiadomo, kiedy egzamina?
— Nic nie wiem, mój panie. Pan syna
oddaje?
— A chciałbym… Czwarty dzień siedzę. Nie
wiem już, co robić nawet… […] Mój brat dwa lata temu, jak oddawał synka tak
samo do wstępnej klasy, to on się doskonale urządził.
— Jakże on się urządził?
— On sobie pomyślał: Kto może najlepiej
wiedzieć, jak trzeba odpowiadać, żeby zdać do pierwszej klasy? Oczywiście ten,
co egzaminuje do pierwszej klasy. On sobie pomyślał dalej: Dlaczego ten, co
egzaminuje do pierwszej klasy, nie ma nauczyć mojego Gucia dobrze odpowiedzieć?
Dlaczego on jemu nie może dać korepytycje, kiedy wszystkie profesory mają prawo
dawać korepytycje? Mój brat tak sobie pomyślał i udał się do pana Majewskiego,
który egzaminuje, który później przez cały rok uczy we wstępnej klasie
ruskiego, arytmetyki… on jego grzecznie poprosił… […]
— A nie wiesz pan przypadkiem, gdzie
mieszka pan Majewski?
— On mieszka na Moskiewskiej ulicy, w domu
Baranka, z bramy po lewej ręce.
— Dziękuję panu bardzo — rzekła pani
Borowiczowa — za pańską grzeczność. Kto wie, może i ja poproszę pana
Majewskiego o lekcje dla mego syna. […]
Zaraz po obiedzie udali się obydwoje na
ulicę Moskiewską i z łatwością wyszukali mieszkanie pana Majewskiego. Na odgłos
dzwonka otwarła im drzwi tego mieszkania dama bardzo piękna i ubrana w negliż
wykwintny. […]
Nauczyciel złożył ukłon wyciągając pięknym
ruchem obadwa mankiety, a gdy pani Borowiczowa powiedziała swe nazwisko,
zapytał po rosyjsku:
— Czym mogę służyć?
Matka Marcinka nie mówiła tym językiem, a
bała się obrazić profesora, jeżeli zacznie mówić po polsku, toteż jęła wykładać
mu swą prośbę po francusku, z mozołem wymawiając zdania i zwroty dawno
zapomniane. […]
Wkrótce też spytał po polsku z
przeciąganiem i akcentowaniem z ruska wyrazów, aczkolwiek dopiero przed dwoma
laty został Rosjaninem, nigdy w Rosji nie był i z granic guberni klerykowskiej
zamieszkanej przez samych Polaków (ze znaczną domieszką żydowską) ani razu nie
wyjechał:
— Otóż, chodzi tutaj o tego młodzieńca…
tak li?…
— Tak, panie profesorze — mówiła teraz
jednym tchem pani Borowiczowa — pragnęłabym oddać go do klasy wstępnej. Uczył
się na wsi, w szkole elementarnej. Czy jest przygotowany… tego właśnie osądzić
nie jestem w stanie. Dlatego też śmiem prosić pana profesora, czyby nie
zechciał przygotować go jeszcze nieco, zanim egzamin… Z pewnością kilka lekcji
udzielonych przez takiego jak pan profesor pedagoga więcej go oświeci niż pół
roku nauki w szkole wiejskiej… […]
Pan Majewski uprzejmym gestem przerwał
pani Borowiczowej i zadał Marcinowi kilka pytań rosyjskich z zakresu
arytmetyki, gramatyki itd. Wysłuchawszy jego względnie dobrych odpowiedzi
wsparł czoło na ręce i przez kilka chwil coś głęboko rozważał.
— Panie… — szepnęła ze drżeniem matka
kandydata.
— Tak… Jeżeli pani sobie życzy, mogę dać
małemu kilka lekcji. Czy zda… tego, rozumie się, przewidzieć niepodobna…
— Źle jest przygotowany?
— Nie to, żeby źle, owszem, na ogół
biorąc… Ale, widzi pani, wymowa, akcent, to, czego jakiś korepetytor, jakiś
belfrzyna na wsi wpoić nie jest w stanie, bo sam tego nie posiada… System,
widzi pani, wymaga, to jest… akuratnej wymowy, a tego… nie ma. Wszyscy w tych
stronach mówią w domu po polsku, rodzice… więc też i dzieci nie mogą mówić
dobrze. A system, pojmuje pani, wymaga tej, że tak powiem — akuratnej wymowy.
[…]
— Będę — rzekła — nieskończenie panu
profesorowi wdzięczną za tę istotną łaskę… Czy mogłabym od razu teraz uiścić
się z należności za te lekcje? Zapewne wypadnie mi w tych dniach odjechać i
dlatego tylko trudzę pana…
— O to… tego… Biorę zwykle po trzy ruble
za godzinę. Mam tutaj kilkunastu chłopców, których również przygotowuję. Od
nich biorę w tym stosunku…
— Mam nadzieję, że wystarczy jeszcze czasu
na jakie osiem lekcyj. […]
W sieni pan Majewski ujął malca za ramię i
otworzywszy drzwi na lewo wskazał mu duży pokój, prawie pusty, z ogromnym
sosnowym stołem na środku.
— Przychodź na lekcje od dziś codziennie
punkt o piątej… i od razu wchodź do tego pokoju… — rzekł głaszcząc chłopcu
czuprynę.
IV
Tylko trzy razy pani Borowiczowa
zaprowadziła jedynaka z hotelu na popołudniowe lekcje do profesora, już bowiem
czwartego dnia odbył się pierwszy egzamin z języka rosyjskiego. Na korytarzu
gimnazjalnym panował tego dnia istny stan oblężenia. Publiczność tłoczyła się
tak zapamiętale w celu podpatrywania i podsłuchiwania tego, co się odbywało w
sali egzaminacyjnej, że władza zmuszona była wydelegować aż trzech asystentów
gospodarzy klas i pana Pazura do wypowiadania grubiańskich uwag pod adresem
rodziców, a nawet do forsownego rozpychania ich łokciami.
Komisja egzaminacyjna składała się z
trzech osób: z inspektora gimnazjum, pana Majewskiego i jednego z nauczycieli.
Ten ostatni zresztą niewielką do całej sprawy zdawał się przywiązywać wagę,
gdyż zajęty był wyłącznie grzebaniem w uchu za pomocą bardzo cienkich patyczków
brzozowych uciętych z miotły. Cały pęk tego rodzaju instrumentów wychylał się z
bocznej kieszeni jego fraka. Inspektor był mężczyzną ogromnego wzrostu, z głową
porosłą istnym wygrabkiem rudawych włosów. Jego wielkie niebieskie oczy
spoglądały tak posępnie i złowrogo, że dreszcz trwogi przejmował nie tylko
uczniów, ale i rodziców. Stos papierów leżący przed inspektorem służył mu za
rodzaj listy przystępujących do egzaminu. Były to prośby i dokumenty
kandydatów. Papiery te, w miarę jak nauczyciel Majewski egzaminował malca,
inspektor odczytywał z uwagą i dawał swoją notę. Przesłuchiwanie trwało krótko:
dwa, trzy zdania chłopiec czytał, później opowiadał, wygłaszał jakiś wiersz
rosyjski, jeśli go umiał na pamięć, następnie rzucano mu pytanie z gramatyki i
polecano wykonać rozbiór. […]
Wkrótce po nim wyszedł z klasy inspektor.
Ten na nikogo uwagi nie zwracał, a gdy go zaczepił jakiś chudy jegomość
pytaniem, jak też zdał jego młodszy synek, odpowiedział po rosyjsku głośno i
zwracając się do wszystkich:
— Nie może być dobrych rezultatów, bo złe
jest przygotowanie. Dzieci nie mówią po rosyjsku, więc jakże się mają uczyć w
tej szkole, gdzie wykład nauk odbywa się w tym języku. Należy zrzucić pychę z
serca i zabrać się do reformy. Wtedy dopiero dziecko może być przyjęte…
— Do jakiejże reformy, panie inspektorze,
zabrać się należy? — spytał ów jegomość. — Niechże wiem przynajmniej, czego ci
moi chłopcy nie umieją i czego się mają jeszcze uczyć, ażeby mogli zdać do
klasy wstępnej. Trzymałem do nich nauczyciela przez półtora roku…
Głuchy szmer poparcia rozszedł się w
tłumie.
— Należy jeszcze — zaczął wrzeszczeć inspektor
— należy jeszcze mówić z nimi w domu po rosyjsku. Oto, jaka reforma
przeprowadzona być musi! Pan wymagasz, żebyśmy przyjmowali pańskich synów do
szkoły rosyjskiej, a sam nie umiesz czy nie chcesz mówić po rosyjsku, i do
mnie, zwierzchnika tej szkoły, w murach jej ośmielasz się mówić jakimś obcym
językiem! Pomyśl pan, czy to nie jest skandal?
— To nie jest bynajmniej skandal, jeżeli
ja, nie posiadając żadnego obcego języka, przemawiam do pana inspektora tym,
jaki umiem…
— Język rosyjski tu, w tym kraju, nie jest
językiem obcym, jak się panu wyrażać podoba… Za pozwoleniem… pańskie nazwisko?
Chudy pan cofnął się i ukrył za plecami
kobiet, które zwartym kołem otoczyły inspektora, poczęły przedkładać mu swe
prośby, słuchać jego maksym i pogróżek.
Tegoż jeszcze dnia odbył się egzamin z
religii. Słuchano z tego przedmiotu już tylko wybrańców losu.
[…] Następnego dnia odbył się egzamin z
arytmetyki. Była to już prosta formalność. Uczniowie pana Majewskiego i na tym
polu odznaczyli się wybornie. O godzinie dwunastej inspektor przeczytał
publiczności listę chłopców przyjętych do klasy wstępnej. Usłyszawszy
wymienione imię i nazwisko swego syna, pani Borowiczowa krótko westchnęła. W
owej chwili dopiero mogła zmierzyć smutną dolę, w której pogrążone zostały dzieci
rodziców niezamożnych, do szkół nieprzyjęte.
Po obiedzie, spożytym wesoło i z apetytem,
wyruszono do „starej Przepiórzycy”. Pani Przepiórkowska, zwana w całym
Wygwizdowie i przyległych do tego przedmieścia okolicach miasta „starą
Przepiórzycą”, była dawną znajomą pani Borowiczowej z owych jeszcze czasów,
kiedy mieszkała w sąsiedztwie Gawronek na leśnictwie w Grabowym Smugu u syna,
podleśnego lasów rządowych. Pani Przepiórkowska trzymała uczniów na stancji,
toteż matka wstępniaka uznała za rzecz najstosowniejszą pod opiekę starej i
dobrej znajomej go oddać. […]
W jednym kącie sterczało żelazne łóżko bez
pościeli, z tak okropnie zgiętymi prętami, jakby je pozwijał jakiś straszliwy
reumatyzm. Okna były niezamknięte i żelazne haczyki tych okien monotonnie stukały.
Marcinka, który tam wszedł za matką, ścisnął dziwny żal na widok tego pokoju.
— Widzisz… Tu będziesz sypiał z kolegami…
— szepnęła do niego matka — wybierz sobie kącik, gdzie ci będzie najlepiej.
Potem, zwracając się do „starej
Przepiórzycy”, rzekła:
— Droga babciu, nic taniej nie można?
— Moja pani Borowiczowa, ty wiesz, że ja
cię skrzywdzić nie chcę! Wbij zęby w ścianę, nie można! Ani grosz! […]
Długo jeszcze pani Borowiczowa roztrząsała
ze „starą Przepiórzycą” różne drobne sprawy tyczące się urządzenia Marcinka na
stancji. […]
V
[…] Sala klasy wstępnej mieściła się na
dole gmachu gimnazjalnego. Prowadziły do niej drzwi z korytarza, dobrze
Marcinkowi znanego od czasu egzaminów. Oprócz wstępnej znajdowały się jeszcze
przy tym samym korytarzu dwa równoległe oddziały klasy pierwszej, dwa drugiej
oraz pojedyncze sale trzeciej i czwartej. Klasy wyższe — aż do ósmej — mieściły
się na piętrze. Rzecz prosta, że dół nieskończenie weselszy był od piętra. […]
Gdy znowu rozlegał się dzwonek, hałas
wielkimi falami szybko i raptownie opadał, zamieniał się w gwar, w szmer
przyciszonych rozmów, w szmer przedziwny, którego brzmienie człowiek do
starości pamięta… […]
W czasie półgodzinnej, czyli tak zwanej
dużej przemiany, prawie cały dolny korytarz wypadał na dziedziniec i w mgnieniu
oka rozpoczynał wojnę.
Był to właśnie czas kasztanów. […]
wywiązywała się rzetelna batalia. Ogłuszające „hura!” rozlegało się ze stron
obu, kasztany cięły jak grad najsroższy, ranni zmiatali z głośnym bekiem,
wodzowie darli się wniebogłosy, zagrzewając do boju szeregowców, zwykle plecami
do nieprzyjaciela zwróconych… Biada pomocnikowi gospodarzy klas, wysłanemu
przez inspektora dla zażegnania awantury, który by wtedy zbliżył się do placu
boju! Zarówno z obozu „Greków” jak „Persów” odzywały się niezwłocznie głosy
dziko pozmieniane a zachęcające do czynów wprost zbrodniczych.
[…] Tym sposobem bitwa, której władza nie
była w stanie przerwać, trwała zazwyczaj w ciągu całej „dużej” pauzy. Dopiero
na odgłos dzwonka zwycięzcy i zwyciężeni wracali do klasy, okryci chlubnymi
sińcami, na dwie ostatnie godziny lekcyj.
Marcinek był dzielnym „Persem” i dostał
pewnego razu taki postrzał w okolicy piątego żebra, że blisko przez dwa
tygodnie nie mógł leżeć na prawym boku.
Po jednej z takich kampanii wrócił do
klasy zmęczony i nie przypominał sobie nawet dokładnie, jaka lekcja ma
nastąpić. Siedział w czwartej ławie pod oknem, przy Gumowiczu, niedużym
chłopcu, z włosami tak czarnymi, że miały odcień fioletowy. […]
Pan Majewski wzywał go często do katedry,
wytykał mu jego wady, próżniactwo, niedołęstwo, osłostwo, wspominał o biedzie i
procederze starej matki, o niskim jego pochodzeniu i wystawiał go na
urągowisko. Wszyscy w klasie, nie wyłączając nauczyciela, chichotali, gdy
pucołowaty Romcio stawał przy tablicy. Miał on zawsze kajety w porządku,
wiedział najlepiej, jaki rozdział przeznaczony jest do opowiadania, i umiał
doskonale zadane, ale czytał tak gdaczącym głosem, tak paradnie syczał, dmuchał
i jęczał, namyślając się przy dodawaniu, że koniec końców dostawał zazwyczaj
dwójkę.
Tego dnia pan Majewski wyrwał Gumowicza do
arytmetyki i podyktował mu dużą liczbę. „Czarny” drżał na całym ciele.
Kilkakrotnie upuścił kredę i widocznie trudno mu było zebrać myśli, gdyż pisał
zupełnie inne cyfry. Po klasie przelatywał śmiech tłumiony. Zdolni chłopcy z
pierwszych ławek, umiejący zawsze z pochlebstwem patrzeć w oczy nauczyciela i
zgadywać jego intencję, umyślnie zatykali sobie usta, żeby głośno nie parsknąć.
Pan Majewski jeszcze dwa razy powtórzył długą liczbę, a gdy Gumowicz znowu
napisał co innego, kazał mu iść na miejsce.
— Ty, Gumowicz, akurat tyle umiesz z
arytmetyki, co pachciarska kobyła… — rzucił mu na pożegnanie.
Te dwa ostatnie wyrazy pan Majewski
wygłosił w brzmieniu polskim. Sprawiło to szalony efekt. Malcy wszczęli okropny
krzyk radości.
— Pachciarska kobyła. Oho-ho… — Gumowicz —
pachciarska kobyła!…
Gumowicz usiadł na miejscu i po swojemu
zwiesił głowę. Gdy się wesołość ogólna z rozkazu nauczyciela uciszyła nieco —
spojrzał na Marcinka bawiącego się nim również doskonale i zapytał go
nieśmiało, cichym szeptem:
— Co mi postawił?
Borowicz wysunął głowę i śledził uważnym
okiem ruch dłoni nauczyciela. Dostrzegłszy znamienne pochylenie pióra szepnął z
okrucieństwem:
— Pałę!
Mały Gumowicz skurczył się dziwnie i tak
został bez ruchu, zapatrzony w kajet z arytmetyką. Marcinek przyglądał mu się i
pokazywał go sąsiadom. Po chwili na długiej czarnej rzęsie „pachciarskiej
kobyły” ukazała się jedna wielka łza, samotna łza, sygnał bezdennej rozpaczy.
Borowicz przestał się śmiać i ze zmarszczonym czołem wciąż patrzał na tę łzę
błyszczącą. Pochłonęła ona jego uwagę, pamięć i jakby całą duszę. Pierwsze w
życiu współczucie drgnęło w jego piersi. […]
VII
[…] Pani Borowiczowa zmarła była w lecie
owego roku. Marcinek początkowo nie odczuł tej straty. Na pogrzebie zmuszał się
do płaczu i przybierał miny efektowne, wrzeszczał i usiłował rzucić się za
trumną do jamy mogilnej, wiedząc ze słuchu, że to pasuje, i przeczuwając, że to
jeszcze go bardziej w tym dniu wyróżni. Z pogrzebu zabrał go ojciec do
Gawronek. Dom był w nieładzie. Największy pokój, gdzie jeszcze tak niedawno
stała trumna, cuchnął zgnilizną i kopciem świec. Pan Borowicz pociągnął
Marcinka do sąsiedniego, który był sypialnią nieboszczki. Panował tam jeszcze
większy nieład. Łóżko było nieprzykryte, prześcieradło i kołdra leżały na
ziemi, w drewnianej kraszuarce więcej było plwocin niż piasku. Pan Borowicz
usiadł pod oknem i, zdawało się, słuchał, jak haczyki okna monotonnie stukają w
ramę, jak wiatr dzwoni po szybach… Marcinek wpatrzył się w opustoszałe łóżko i
wtedy poczuł, że mu matka umarła.
Był to koniec wakacji. Zaraz potem życie
szkolne całkowicie go pochłonęło. Czasami, w chwilach nieszczęść i katastrof,
budziło się w nim owo zdumienie, jakiego doznał w pustym pokoju matczynym — i
wtedy czuł w sercu wielką i nieopisaną sierocą boleść. Kiedy w trwogach i
rozpaczach biegł do matki, do jedynej swojej ucieczki, stawał mu w oczach
tamten pokój głuchy i oniemiały… Ojciec, zapracowany na swym folwarku z
podwójną teraz energią, bo sam musiał doglądać gospodarstwa kobiecego, mało się
chłopcem zajmował. Dbał o to przede wszystkim, żeby wyciągnąć grosz na wpis, na
stancję i książki. Marcin nie miał już teraz ani wykwintniejszej bielizny, ani
przysmaków. Nikt już teraz nie dzielił tak namiętnie jego tryumfów szkolnych
ani opłakiwał niepowodzeń, ani zachęcał do nowych wysiłków. Ojciec dowiadywał
się o to jedynie, czy nie ma dwójek i pałek, a reszta mało go interesowała.
Toteż chłopcu świat opustoszał, zagasło nad nim słońce i nastał jakby po dniu
promiennym wieczór zimny i nielitościwy.
[…] Marcin zmarzł i powiedział do [kolegi
– przypis nauczyciela] Wilczka:
— Ty, ja idę do kościoła.
— E, widzisz, ośle… Takiś stary kolega!
Już się boisz księdza…
— Nie boję się, tylko mi zimno. […]
— To idź sobie, ośle! Widzisz go. Jeszcze
ty pożałujesz… Niby to udaje… stary kolega, a fagasuje księdzu…
Marcinek pędem ruszył ku miastu. […]
zbliżał się do drzwiczek chóru, kiedy nagle ścierpł ze strachu.
Oto pod samymi drzwiami klęczał prefekt
ks. Wargulski.
[…] Prefekt miał oczy zamknięte, ręce
złożone i gorąco się modlił. Wargi jego poruszały się z wolna, a głowa czasami
drgała niespokojnie.
Marcinek stał bez ruchu, nie śmiejąc
oddychać z przerażenia.
Ksiądz był surowy i trzymał całą szkołę w
trwodze panicznej. […]
Marcinek skurczył się i czekał. Włosy
zjeżyły mu się na głowie, kiedy tuż obok niego przesunął się — inspektor
gimnazjum.
Potentat gimnazjalny przebył schody i
zdążając do drzwi chóru, wlazł w ciemnym przejściu na klęczącego prefekta.
— Kto to idzie? — zapytał ksiądz.
— Ach, eto wy, otiec… — rzekł inspektor. —
Kazałem wyraźnie, żeby hymn po nabożeństwie śpiewano w języku rosyjskim.
Zalecałem to dwa razy nauczycielowi śpiewu…
— Nauczyciel śpiewu wcale nie jest temu
winien — rzekł ksiądz ze spokojem, chowając w zanadrze swą książeczkę do
nabożeństwa.
— Więc któż zawinił?
— Ja!
— Co takiego? — głośniej zawołał
inspektor. — Kazałem śpiewać…
— Panie inspektorze — rzekł ksiądz
spokojnie i z zimną uprzejmością — uczniowie będą śpiewali tutaj, w kościele, hymn
po polsku, i to nie tylko dziś, ale zawsze.
— Co takiego? — krzyknął Rosjanin. — Tak
będą śpiewali, jak rozkazałem! Ja tu nie zniosę żadnych jezuickich fanaberii. A
toż co nowego? Proszę mi wskazać drzwi na ten wasz chór…
— Mogę panu inspektorowi wskazać jedne
tylko drzwi… na dole… — powiedział ksiądz kładąc ogromną dłoń swoją na klamce.
Właśnie potężnie brzmiała druga strofa
hymnu:
Wrogów zamiary złam,
Władco wspaniały,
Panuj na sławę nam…
kiedy Marcinek spostrzegł, że ręka księdza
Wargulskiego z klamki przeniosła się na ramię przybysza, inspektor rzucił się
do drzwi i szarpnął księdza. Wtedy prefekt jednym ruchem drugiej ręki odwrócił
inspektora i trzymając go mocno prawicą za futrzany kołnierz, począł znosić tę
dużą osobę ze schodów, inspektor szarpał się i krzyczał donośnie, ale cały ten
hałas ginął w huku organów.
Marcinek uszczęśliwiony tak paradnym
widowiskiem wyszedł z kryjówki i zatykając sobie usta rękami, żeby nie parsknąć
śmiechem, szedł krok w krok za prefektem.
Gdy ksiądz Wargulski sprowadził inspektora
na sam dół — otworzył drzwi i silnie wypchnął go na korytarz. Inspektor uderzył
się wyciągniętymi rękami o przeciwległą ścianę, potem stanął, poprawił na sobie
futerko, namyślił się i ruszył na dół po schodach.
Tymczasem ksiądz wyjrzawszy na korytarz i
obaczywszy, że nikt tej sceny nie spostrzegł, zawrócił się, postawił wielki
krok w ciemności i utknął na Marcinku. Z niepokojem otwarł zaraz drzwi i
pociągnął malca do światła.
Borowicz zadarł głowę z rozpaczliwą
odwagą, pewny, że teraz nic go już nie uratuje, że wypędzą go z gimnazjum na
cztery wiatry albo mu zerżną skórę na kwaśne jabłko.
— Co tu robisz, błaźnie jeden? — zawołał
prefekt.
— Nic nie robię, proszę księdza.
— Dlaczego nie siedzisz na chórze?
— Musiałem wyjść na dwór, proszę księdza…
— zełgał na poczekaniu.
Ksiądz chrząknął, zakaszlał i spytał go
cicho:
— Widziałeś?
— Widziałem! — rzekł Marcin z
determinacją, choć nie wiedział, czy to dobrze, czy źle.
— Słuchajże, ty ośle, jeżeli mi piśniesz
jedno słowo o tym, coś tu widział, to ja ci sprawię! Będziesz gadał?
— Nie będę gadał, proszę księdza.
— Ani matce nie będziesz gadał?
— Ani matce nie będę gadał. Ja nie mam
matki.
— Wszystko jedno! Ani ojcu?
— Ani ojcu.
— Ani żadnemu koledze, nikomu a nikomu?
— Ani żadnemu, ani nikomu.
— No, pamiętaj se, ośle zatracony!
VIII
Gospodarzem klasy pierwszej oddziału A był
pan Rudolf Leim, nauczyciel łaciny w klasach niższych. Należał on do grupy
starszych profesorów i weteranów szkoły. Pochodził z rodziny niemieckiej, która
dawno przywędrowała do kraju i na poły się spolszczyła. […] Pan Leim był to
starzec wysoki, bardzo chudy i wiecznie pokaszlujący. Twarz golił starym
obyczajem, czaszkę łysą jak kolano nakrywał pewnego rodzaju wiekiem z włosów
wyhodowanych w okolicy ucha. Idąc wydymał policzki zawsze różowe i wyszczerzał
raz za razem szeregi zębów jak ser białych. Nie było wypadku, żeby profesor
Leim opuścił kiedykolwiek lekcję. Zakatarzony, kaszlący, z ustami osłoniętymi
szalem, przyłaził w najcięższe mrozy i gwałtowne wichry regularnie o godzinie
ósmej […] Był nadzwyczajnie starannym służbistą i lojalistą gorliwym.
Od chwili wprowadzenia zakazu mowy
polskiej w murach gimnazjum karał ostro wykroczenia tej kategorii, ilekroć
któryś z gospodarzy klas wskazał mu winowajcę. […]
Na lekcji profesor Leim nie znosił
szelestu i za najlżejszym zakłóceniem ciszy wykrzywiał się i niecierpliwie
sykał. Do pomocy w przestrzeganiu porządku w klasie delegował zawsze kolejno
tak zwanego dyżurnego. Dygnitarz taki przynosił kredę, dbał o atrament i pióro
na katedrze oraz wypisywał wielkimi literami nazwiska kolegów sprawujących się
hałaśliwie.
Chłopcy w klasie pierwszej mówili w czasie
pauz po polsku i nie było sposobu zmuszenia ich do konwersacji rosyjskiej
wprost dlatego, że ani jeden z malców swobodnie w języku urzędowym wyrażać się
nie był w stanie.
Pewnego razu pan Leim wchodząc do klasy
ujrzał na tablicy wypisane nazwisko Borowicza i obok niego zaskarżenie: „ciągle
głośno mówi po polsku”.
Pan Leim uważnie i dość długo czytał ten
napis, który zdarzyło mu się widzieć po raz pierwszy, następnie zwrócił się do
klasy i zapytał:
— Kto jest dyżurnym?
— Ja — rzekł pucołowaty chłopiec,
nazwiskiem Makowicz.
— To ty napisałeś, że Borowicz ciągle
głośno mówi po polsku?
— Tak, ja. On, panie profesorze, ciągle
wrzeszczy po polsku i bije się.
— I bije się z tobą?
— Ja z nim nie zaczynam! Niech wszyscy
powiedzą! On przyszedł pierwszy i powiada: oddawaj mi zieloną okładkę… Ja mu
nie dałem, bo to już nie jego okładka, tylko moja, i za to kopnął mię w brzuch…
— Borowicz za gadanie po polsku zostaje na
dwie godziny w kozie… — donośnie i surowo rzekł profesor Leim i wstąpił na
katedrę. Zasiadłszy na krześle, roztwarł duży dziennik i wlepił oczy w jakąś
niezapisaną jego stronicę. […]
— Za to, że głośno rozprawiasz w klasie po
polsku, zostajesz na dwie godziny w kozie — słyszysz?
— Słyszę, panie profesorze… — rzekł ze
skruchą Borowicz. […]
W klasie pierwszej wykładano również język
polski. Był to przedmiot nieobowiązkowy. Nauczycielem tego „miejscowego języka”
był niejaki pan Sztetter, człowiek światły, ale tak wiekuiście wylękły o swoją
posadę, że właściwie niczego nie uczył. Obarczony był liczną rodziną; kilku
chłopców jego uczęszczało do męskiego, a kilka córek do żeńskiego gimnazjum i
zapewne niepokój o los ich przeszkadzał panu Sztetterowi uczyć przynajmniej
pisać ortograficznie. W klasach wyższych zdobywał się biedny belfer czasami na
jakąś wzmiankę o literaturze polskiej, a mówił to z miną tak przerażoną, że
tylko śmiech budził.
W klasie pierwszej lekcje języka polskiego
odbywały się cztery razy tygodniowo w porze bardzo niewygodnej, bo między
godziną ósmą i dziewiątą z rana. W zimie bywało wtedy szaro i chłodno. Chłopcy
siedzieli skuleni i senni. Nauczyciel przychodził w swoim futrze szopowym,
tulił się w nie i drzemał z otwartymi oczami, podczas gdy wzywani do katedry
tłumaczyli z wypisów Dubrowskiego urywki nudne jak odwar z lukrecji. Po
odczytaniu i przełożeniu na rosyjskie danego kawałka następował rozbiór,
dokonywany po rosyjsku i na modłę rosyjską. W ciągu całej lekcji nauczyciel nie
mówił ani słowa po polsku i z niechęcią prostował faktyczne błędy. Uczniowie
odrabiali ten „przedmiot” jak wstrętną katorgę. „Polskie” była to godzina
stokroć nudniejsza od kaligrafii i „Zakonu Bożego”, gdyż nadto małe próżniaki
czuły w powietrzu woń wzgardy unoszącą się nad tą nieszczęsną lekcją. Stopnie z
polskiego nikogo nie obchodziły, nauczyciel Sztetter nie był wcale w umysłach
malców ceniony na równi z wykładającym arytmetykę albo łacinę. Traktowano go
pobłażliwie, jak piąte koło u wozu, jako rzecz w istocie niepotrzebną i bez
wartości.
Nauczyciel Sztetter sam, jeżeli nie
uważał, to czuł poniekąd, że jest intruzem w tej szkole i na stanowisku
profesora tak źle widzianego przedmiotu. […] Jego senne oczy widziały dobrze
wymykających się cichaczem, ale patrzały i wówczas obojętnie, apatycznie,
niedbale. Czasami błyskała w nich iskra dziwnie bolesnego szyderstwa… Skoro
jednak dawały się słyszeć na korytarzu kroki, pan Sztetter tracił nawet wyraz
ospałości i nie był w stanie ukryć obawy. Nieraz zdawało się, że z przestrachu
wobec dyrektora wlepi się w szczery mur i zniknie w ścianie. […]
XI
Po powrocie z wakacji Borowicz zastał w
gimnazjum duże zmiany. Znikł z horyzontu miasta Klerykowa dyrektor gimnazjum,
przeszedłszy do emerytury; przeniesiony został do innej szkoły inspektor,
ustąpił zupełnie stary Leim, jeden z pomocników gospodarzy klas i dwaj
nauczyciele historii. Na ich miejscu figurował nowy zarząd: dyrektor
Kriestoobriadnikow, inspektor Zabielskij, nowy nauczyciel łaciny Rosjanin
Pietrow, pomocnik gospodarzy klasowych Mieszoczkin i nauczyciel historii
Kostriulew.
Zarazem ogólny nastrój i zewnętrzna
fizjonomia szkoły uległy zmianie radykalnej. Uczniowie starsi poczuli od razu,
że teraz dopiero ujęto ich pod żeberka […].
Nowy zarząd wprowadził nowe obrzędy
szkolne. Podczas uroczystości inauguracyjnej w głównej sali dyrektor wygłosił
niesłychanie patriotyczną mowę, wzruszył się sam do łez, ale dla słuchaczów
pozostał niezrozumiałym, gdyż ci istotnie wzruszać się tym, co zapewne on czuł
żywo i szczerze, nie byli w możności.
Inspektor od razu rozwinął taką
działalność, o jakiej uczniactwo klerykowskie nie miało nawet wyobrażenia.
Przede wszystkim zabrano się do stancyj i
zaprowadzono różne nowatorstwa. Na każdej stancji wyznaczono „starszego”, który
miał obowiązek czuwania nad bracią z klas niższych, zaprowadzono książki
wydaleń się z mieszkania, gdzie należało wpisywać każdy krok, każdą chwilę
nieobecności oraz skargi na złe sprawowanie się współlokatorów.
Pomocnicy gospodarzy klas i cały ogół nauczycieli
wciągnięty został w pewien rodzaj kohorty policyjno-śledczej. Wszyscy mieli
obowiązek zwiedzania kolejno stancyj w pewnych odstępach czasu, dniem i nocą.
Inspektor i jego satelici chodzili po tych
stancjach nieustannie, odbywali rewizję, zaglądali nie tylko do kuferków, ale
nawet własnymi rękoma grzebali w siennikach, słuchali pod oknami, czaili się u
drzwi, wbiegali do mieszkań uczniowskich z rana — itd. […]
Częste rewizje, a szczególniej nagłe a
niespodziewane wizyty, trwoga oczekiwania, niepokój, że ktoś podsłuchuje, źle
oddziaływały na umoralnianą młodzież pod rozmaitymi względami. Pobyt w szkole
był dla wszystkich mieszkających na stancjach pobytem w więzieniu. […]
Cały arsenał sposobów i zaprowadzony
system pilnowania do ostatecznych granic posunęły rozdział między nauczycielami
i uczniami. Co prawda — to nigdy w Klerykowie zbyt wielkiej harmonii między
„ciałem pedagogicznym” a gromadą uczniów nie było i zawsze te dwie gromady
stanowiły dwa obozy, obozy wyraźnie walczące ze sobą, nieraz przy użyciu
przebiegłości, podstępu, a nawet zupełnie łajdackiej zdrady. Areną tych zapasów
do chwili przybycia dyrektora Kriestoobriadnikowa i jego pomocników była szkoła
z jej klasami, korytarzami i dziedzińcem. Przybysze rozszerzyli horyzont tak
daleko, że wzrok dziecięcy nie widział literalnie miejsca, gdzie by tej walki
nie było. W zaprowadzonym systemie strzeżenia uczniowie byli z natury rzeczy, z
predestynacji niejako, istotami, które należało śledzić, podglądać, ścigać,
łapać i badać. […]
W myśl zasady odpolszczania dyrektor i
gospodarze klas nie udzielali prawie nigdy pozwolenia na bytność ucznia w
teatrze, gdy dawano sztukę polską. Natomiast w jesieni, głównie z inicjatywy
działaczów gimnazjalnych, poczęto forsownie urządzać teatry amatorskie
rosyjskie. […]
Kiedy afisze dały znać miastu i światu, że
odbędzie się teatr amatorski, w gimnazjum powstało niejakie rozognienie
umysłów. Władza nie proponowała uczniom kupna biletów, ale czyniła pewne znaki,
które były jak gdyby zapachem ukrytego życzenia. W klasie piątej jeden z
kolegów bąknął podczas przemiany, że warto by iść na ten teatr. […]
W dniu przedstawienia [Borowicz –
przypisek nauczyciela] udał się do sali teatralnej, starej jak miasto Kleryków
i tak odrapanej, jak gdyby nie była dziełem rąk ludzkich, ale raczej utworem
nawałnic, wichrów i kataklizmów. Zgromadzeni tam już byli ludzie ruscy. W
brudnych lożach siedziały wystrojone damy, po większej części o tyle „ruskie”,
że były żonami twórców w Klerykowie ruskiego dzieła, na całym parterze
połyskiwały szlify, dźwięczały ostrogi, stukały szable. W kilku głównych lożach
siedzieli optymaci i familie optymatów, między innymi dyrektor, inspektor i
ważniejsze figury gimnazjum. Zanim podniesiono kurtynę, w sali brzmiał gwar
dosyć głośny.
Marcinek, znalazłszy się w towarzystwie
kilku zaledwie współkolegów z różnych klas na „stojącym” parterze, doznał
szczególnego uczucia. Był to niepokój cudzoziemca, który wysiada nagle z
wagonu, mija ulice obcego miasta i nie może dokładnie wyróżnić tego, co widzi,
od snu spłoszonego przed chwilą. Wrażenie to wzrosło, gdy podniesiono kurtynę.
[…] Umiał dobrze mówić po rosyjsku: pisał w tym języku wypracowania, recytował
lekcje, nawet o nich ukutymi frazesami myślał, ale nie formułując sobie tego,
traktował ten „przedmiot” jako język szkoły, jako język martwy, jako rodzaj
nowożytnej łaciny. Teraz ze sceny ta sama mowa narzucała mu się w postaci
organu bieżącego życia, swobodnego ruchu, który wre i kipi. Z wrażenia tego tak
dalece nie mógł się otrząsnąć, że trwał ciągle w stanie wahania się, czyby nie
warto czmychnąć do domu. Tak rozmyślając, powiódł okiem wzdłuż miejsc paradnych
i dostrzegł, że na osobę jego skierowane są aż cztery lornetki. Przypatrywał mu
się dyrektor, jeden z nauczycieli, jakaś dama gruba i pękata niby dynia… […]
Podczas pierwszego antraktu znalazł się na parterze pan Majewski, witał
wszystkich nad wyraz grzecznym ukłonem, starszym uczniom podał nawet rękę, a
kilku Polaków, między innymi Borowicza, grzecznie obligował, ażeby się za nim
udali. Wstępując bez oporu w ślady tego przewodnika, Borowicz znalazł się na
wąskich schodkach, potem na korytarzyku biegnącym w półokrąg i stanął przed
jakimiś drzwiami. Majewski uchylił te drzwi delikatną dłonią i z lekka pchnął
Marcina do loży dyrektorskiej. Kriestoobriadnikow wstał z krzesła, powitał
przybyłych, wprowadził kilku do loży sąsiedniej i przedstawił gubernatorowi
oraz jego damom.
— Oto Borowicz z klasy piątej, Michawski z
siódmej, Biene z szóstej.
Gubernator, człowiek w latach, o miłej
fizjonomii, witał wszystkich uściśnieniem ręki. Damy przyłożyły do oczu
pince-nez i wywabiały na lica swe przyjemne uśmiechy. Jedna z nich zapytała
Borowicza po rosyjsku:
— Jakże się panu podobała pierwsza pijesa?
Marcinek nie wiedział, co to jest pijesa,
ale zrozumiał, że cokolwiek by to być mogło, winno mu się w tym miejscu
podobać, rzekł tedy:
— Bardzo mi się podobała…
[…] Borowicz, zajadając wyborne cukierki,
pozbył się nareszcie pierwszego niemiłego wrażenia, odczuł rozkosz przestawania
z tak dostojnymi ludźmi, pierwszą satysfakcję zetknięcia się z tym światem
nieznanego mu zbytku. Nazajutrz zjadliwy dowcipniś klasy, Nieradzki, w czasie
pauzy, a tuż przed samym wejściem inspektora, zwrócił się nie wiedzieć do kogo,
spieszczając wyraz orangutan:
— Podobno byłeś, Orciu, wczoraj w teatrze?
Siedziałeś w loży? Czy ci smakowały cukierki?…
Borowicz wstał z ławki i zwróciwszy się do
mówiącego, zajrzał mu w oczy dumnie i ponuro. W parę chwil później ukazał się
inspektor wykładający język rosyjski. Witał on Borowicza tak przyjaznym
uśmiechem, że wszyscy w klasie uczuli w sercach zazdrość i szczery żal z tego
powodu, że bez wyraźnej racji nie byli na teatrze rosyjskim. Tegoż dnia po
lekcjach Zabielskij prosił Marcinka o zaniesienie do jego inspektorskiego
mieszkania kajetów z ćwiczeniami klasy piątej. W domu inspektor przyjął
Borowicza bardzo gościnnie. Usadowił go w zacisznym gabinecie swoim na miękkiej
sofie, pokazywał mu albumy ze ślicznymi fotografiami, kolekcję ładnych
sztychów, ilustrowane wydawnictwa, książki swoje, a nawet zbiór bezkrytyczny
rozmaitych monet. Jego rozmiłowanie się w Marcinku dosięgało takich granic, że
częstował młodzieńca papierosem. Gdy ten, lękając się podstępu, w żywe oczy
zaparł się palenia, inspektor kazał przynieść ciastek i uczęstował swego
faworyta. Dużo przy tym mówił o nieufności, jaką mu okazują uczniowie klasy
piątej, żalił się na to, że go ani jeden nie odwiedza, że nie zajdzie na
otwartą, braterską pogawędkę o tym, czego młodzież chce, co jej dolega, jakie
są jej pragnienia i cele. Pod koniec wizyty Borowicz był już niemal zakochany w
inspektorze tym płomiennym i entuzjastycznym uczuciem, jakie pali się dla
pierwszego mistrza w duszy młodzieńczej.
[…] Widok gabinetu wykwintnie urządzonego
zniewalał go do jakiegoś rozczulenia, duma jego była połechtaną, w głowie burzył
się rozkoszny zamęt. Wychodząc z wizyty, już za następną tęsknił. Z pychą
spoglądał na przechodniów, jakby im chciał jednym spojrzeniem oznajmić, że jest
za pan brat z osobą tak wszechpotężną na gruncie gimnazjalnym.
Odtąd Marcinek Borowicz był częstym i
prawie stałym gościem inspektora Zabielskiego. […]
XII
[…] Brzegiem tej szosy wędrował równym
krokiem Jędruś Radek. Miał na sobie uczniowski mundur, na głowie czapkę z
palmami, na plecach tornister, w ręce patyk. Źle było iść w takie gorąco. Buty
miał na wysokich obcasach z podkówkami, kupione swego czasu na rynku w postaci
żółtej. […] Pragnąc nadać im jaką taką formę, musiał Jędrek wewnątrz kłaść duże
wiechcie słomiane i zawijać nogę w spore onuce.
[…] Już tak drugi dzień Jędrek dymał spod
samych Pyrzogłów w stronę Klerykowa. Noc go zaskoczyła w okolicy pustej, wsi
naokół nigdzie widać nie było, przespał się tedy w stercie pod lasem, zmarzł
dosyć dobrze nad ranem i szedł drugiego dnia ostro zaraz od świtu. Przed
południem trafiła się przy drodze wielka, stara karczma, zaszedł tedy do niej
dla wypoczynku. […]
— Idę — rzekł — do Klerykowa. Skończyłem
cztery klasy w Pyrzogłowach, a teraz chcę się dostać jako do piątej… […]
— Do Klerykowa? Ho ho!… Do Klerykowa, mój
panie, to jest po naszemu siedem mil — i oha. W jeden dzień nie zajdzie, choćby
zaś nie wiem jak szedł…
[…] Życiorys Jędrzeja Radka krótki był i
pospolity. Urodził się we wsi Pajęczyn Dolny, w czworakach dworskich, na werku
biednego fornala. […] powołany został do pilnowania przede wszystkim gąsiąt, a
w następstwie maciory z prosiętami na dworskim okólniku. Nie można powiedzieć,
żeby te obowiązki spełniał wzorowo.
Zdarzyło się pewnego razu, że mu karbowy
wytatarował postronkiem skórę na plecach i w ich sąsiedztwie do tego stopnia,
że winowajca z wielką niechęcią siadał na ziemi; kiedy indziej sam dworski
lokaj za sekretne wylizywanie rynki kuchennej nadarł mu sporo uwłosienia […]
gdyby nie interwencja Antoniego Paluszkiewicza, zwanego Kawką.
Ten Kawka był nauczycielem dwu młodych
paniczów. Chodził niegdyś na uniwersytet i często chełpił się z tego powodu,
wygłaszał wolnomyślne mniemania […] O każdej dobie dnia i prawie każdej nocy
słychać było stamtąd [z mieszkania Kawki – przypisek nauczyciela] jednostajne
pokaszliwanie i stąd urosło drugie nazwisko Paluszkiewicza. Dwaj wychowańcy
urządzali mu bardzo często pod oknami pewnego rodzaju koncerty. Spędziwszy
dzieci folwarczne kryli je w krzakach i rozkazywali im kaszleć na komendę w
sposób odpowiedni, naśladujący głos guwernera. […]
— Ku — wyk… eee… ku — wyk… eee!…
Najwięcej talentu w dręczeniu
Paluszkiewicza wykazywał właśnie Jędrek Radek. […] Radek wybornie przedrzeźniał
belfera nie tylko głosem, ale i ruchami […]
Pewnego razu, w dzień pochmurny i
deszczowy, mały Radek siedział u płotu, nakryty workiem od dżdżu i wiatru, gdy
wtem ujęły go za kark dwie ręce i podniosły w górę. Chłopak wydał krzyk
przeraźliwy i zaczął szarpać się gwałtownie. Nic jednak nie pomogło.
Paluszkiewicz chwycił go wpół, wlókł przez cały ogród i zziajany, ledwo żywy,
wciągnął po schodach do swego mieszkania. Jędrek rozpierał się we drzwiach
nogami, nie mogąc inaczej walił Kawkę w brzuch głową, szarpał na nim odzienie,
ale koniec końców ulec musiał. Wepchnąwszy malca do pokoju Paluszkiewicz
zamknął drzwi na klucz i upadł na łóżko ze zmęczenia. […]
Kawka wysapał się, uspokoił, zapalił
papierosa i jął chodzić po izdebce. […] Kawka wyciągnął z głębi swych zbiorów
duży atlas zoologiczny pełen kolorowanych figur zwierząt i położył go przed
chłopakiem na stole, mówiąc:
— Weź i obejrzyj sobie te obrazki. […]
— A tak, to tak… — rzekł urwis obojętnie i
z rezygnacją począł patrzeć na okno, później na piec, na stół, na książki, na
samego belfra, wreszcie na malowane żyrafy i nosorożce. Te ostatnie zaciekawiły
go wkrótce tak bardzo, że patrzał na nie bez ruchu jak cielę na malowane wrota.
„A i cóż toto za koń taki, mój Jezus
kochany — myślał, ogarnięty przez wszechmocny podziw. — Chylośna to szyja u
takiego gada…”
Rozpalona ciekawość podniecała go do
przewrócenia stronicy i objęcia sekretnym wejrzeniem tego, co mieszczą karty
następujące. Wypatrzył wreszcie chwilę, kiedy Kawka, spacerując, plecami był do
niego zwrócony, naślinił mocno palec i odwrócił cicho grubą kartę. Stał na niej
duży tygrys z ognistymi ślepiami.
— Chy, to ci kot! — krzyknął chłopak
zapominając o wszystkim.
— To nie kot. Takie zwierzę nazywa się
tygrys — rzekł Paluszkiewicz, nie przerywając swego mamrotania.
Teraz Jędrek, zaabsorbowany całkowicie,
odkładał kartę za kartą aż do zmroku. Wtedy dopiero Paluszkiewicz wypuścił go z
mieszkania obdarzywszy bardzo smacznym ciastkiem. […]
Kawka sam nie wiedział, kiedy urwisa
nauczył doskonale czytać, tak się to stało prędko. Już w jesieni tegoż roku
Jędrek zabazgrywał koślawymi figlasami grube kajety, w długie wieczory zimowe
ciągnął już ruskie, a latem następnego roku Paluszkiewicz jął przemyśliwać o
umieszczeniu wychowańca w Progimnazjum Pyrzogłowskim. […] Dzięki korepetycjom
opiekuna uczył się wybornie i z pochwałą przeszedł do klasy drugiej.
A opiekun tymczasem skapiał zupełnie. […]
Pewnej nocy jesiennej, nocy wichru i słoty, spoczął na zawsze przy tej robocie.
[…] Resztę swego funduszu Paluszkiewicz
wręczył był na kilka miesięcy przed śmiercią utrzymującej stancję, gdzie
mieszkał Jędrzej Radek. […] W Progimnazjum Pyrzogłowskim lepsi uczniowie klasy
trzeciej i czwartej mieli prawo udzielania korepetycji wstępniakom i
pierwszakom. Zarabiali nieźle. Radek należał do „kowalów” gimnazjalnych i miał
opinię dobrego ucznia. Z trudem, o głodzie niemal i w srogiej poniewierce
przetrwał korepetycjami klasę trzecią, czwartą […] Wdzięczność dla opiekuna
stała się jak gdyby jednym więcej zmysłem, za którego pomocą badał i przebywał
świat. To co inni otrzymali jako spadek po całym szeregu przodków
ucywilizowanych, jako wychowanie domowe, on miał od „pana”. Tym żył i tym się
krzepił w swej nędzy.
— Nauka jest jak niezmierne morze… — mówił
„pan”. — Im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony. Kiedyś poznasz,
jaka to jest rozkosz… Ucz się, co tylko jest sił w tobie, żeby jej zakosztować!
[…] Rodzice nie mogli mu na dalszą naukę
dać nic więcej prócz paru osełek masła i kilku sztuk zgrzebnej bielizny. Naokół
nikt dlań nic nie miał innego prócz mniej lub więcej gryzącej ironii. Mimo to,
a może nawet dlatego, energia Jędrka rosła i odwaga tężała. Wezwał na pomoc
wspomnienie nauczyciela i z tym kapitałem zarzucił na plecy tornister
wyruszając w świat szeroki. Rodzice obydwoje płakali, odprowadzając go daleko,
daleko za pola folwarczne. […]
Gdy z zamrużonymi oczyma stał zwrócony ku
polom i czekał, aż piasek opadnie, usłyszał nagle chrapliwy i rozkazujący głos:
— Hej, kawalerze, hej!
Radek roztwarł oczy i dostrzegł, że
bryczka stoi w odległości kilkudziesięciu kroków, a szlachcic wzywa go ku sobie
takim gestem, jakby mu obiecywał pięćdziesiąt batów. […]
— A skąd to kawaler? — zapytał szlachcic
pewnym głosem sędziego śledczego. […]
— Z Pajęczyna Dolnego. […]
— Proszę… włościanina. A dokądże to tak
walisz samopas, kochanku?
— Do Klerykowa. […]
— A do którejże to klasy walisz w tylim
tornistrze, mój filozofie?
— Do piątej, proszę wielmożnego pana.
— Do piątej? No, proszę… Jakże to sobie
radę dajesz w tym Klerykowie, skoro tak rzeczy stoją? […] myślisz tam również
tymi korepetycjami handlować?
— Nie wiem, proszę wielmożnego pana. Tak
idę…
— „Tak” idziesz? No, to siadaj na koźle,
podwiozę cię do miasta.
Radek szybko wgramolił się na kozioł i
usiadł obok tęgiego furmana w liberyjnej czapce i letnim ubraniu w białe i
niebieskie prążki. […] Na szosie ukazywały się zwiastuny Klerykowa: zdążało
więcej pieszych, wozów z tarcicami, bryczek szlacheckich i ogromnych fur, na
których trzęsły się istne sterty Żydów. W pewnym miejscu wyrosła pod górką duża
cegielnia, a dalej na horyzoncie fabryka z czerwonej cegły. Radek oglądał takie
budowle po raz pierwszy. Serce jego ścisnęło się, a wszystkie uczucia chwycił i
zdławił jakby kurcz długotrwały. W tym stanie mniemanego spokoju młodzieniec
przyjechał do miasta. Kleryków zrobił na nim wrażenie kamiennego labiryntu,
ogromu. […]
— Złaź, kawaler, i chodź za mną!
Chłopiec zeskoczył z kozła i machinalnie,
noga za nogą szedł w ślady rozkazodawcy. […] Na rogu stołu, w świetle lampy
stał jegomość średniego wzrostu, łysy, marsowaty, z zadartymi do góry wąsami i
potężnym orlim nosem. […]
— Hm… ja poszukuję niedrogiego
korepetytora do syna. Gdybyś wszedł do gimnazjum, to kto wie… może byś znalazł
u mnie stół, stancję, światło, pranie, opał i wszelkie wygody.
Po grzbiecie Radka prześliznął się mrożący
dreszcz, a w duszy jego zadrżał i skonał jak gdyby czyjś okrzyk: „O Boże,
Boże!…” […]
— A więc zgadzasz się kawaler? — zapytał
nagle szlachcic przyjezdny, kładąc na tornistrze Radka potężną prawicę.
— Zgadzam się, proszę wielmożnego pana, a
jakże, zgadzam się… […]
Nazajutrz w towarzystwie Władzia, który mu
drogę wskazywał, udał się do gimnazjum i wręczył swoje świadectwa dyrektorowi.
Kriestoobriadnikow dał rezolucję przychylną i rozkazał zaciągnąć Radka w poczet
uczniów klasy piątej. […]
Zaraz przy pierwszej lekcji Radek
zauważył, że jego uczeń z trudnością kombinuje i że prawie całkiem nie ma pamięci.
[…] Od godziny siódmej do ósmej z rana obadwaj szybko przerabiali lekcje,
których się Władzio dnia poprzedniego wyuczył, następnie pili śniadanie,
zarzucali na plecy tornistry i maszerowali do szkoły, przez drogę ćwicząc się
jeszcze w słówkach, wierszach, miarach i wagach, i w ogóle w rzeczach pamięci
będących na porządku dziennym. Lekcje w gimnazjum trwały do godziny pół do
trzeciej. Od czwartej zaczynało się wałkowanie materiału na dzień następny i
trwało z krótką przerwą kolacyjną nieraz do godziny dwunastej w nocy. […] Do
własnych swoich lekcji Radek brał się w nocy, zazwyczaj po godzinie dwunastej.
Gdy Władzio udał się już na spoczynek,[…] wówczas korepetytor w swoim
apartamencie rozpalał koślawą lampę, imał się Salustiusza, geometrii i algebry.
[…]
W klasie żaden z kolegów nie zbliżył się
do niego, lecz owszem wszyscy go szykanowali. […] Był nawet dowcipniś w klasie,
niejaki Tymkiewicz, który go stale przedrzeźniał. W czasie dużej pauzy umyślnie
zachowywano ciszę i z ostatnich ławek dawał się słyszeć głos naśladujący gwarę
chłopską:
— Wojciechu, lubują woma zimioki z
maślánką?
Z drugiego końca odpowiadano żałośnie:
— Oj, mój kumosicku, lubują, lubują… […]
Emocja, jakiej doświadczał Radek,
słuchając tych dialogów, była z pewnością palącym wstydem, ale obok niego
czaiła się zemsta ukryta w masce obojętności i wzgardy tak głęboko jak iskra w
krzemieniu. […]
Pewnej lekcji, blisko we dwa miesiące po
rozpoczęciu kursu szkolnego, wezwał go do tablicy pan Nogacki i zlecił
wyprowadzić formułę geometryczną zadaną na ów dzień do nauki. […] W rysunku
popełnił błąd przeprowadziwszy jedną z linii bryły zanadto na prawo. […]
— Ależ, Radek, linię F G trzeba
poprowadzić na lewo…
Wzburzony i drżący uczeń starł ją i
bezwładnie opuścił ręce. Czarne płatki latały mu przed oczyma, gruczoły
wydzielające ślinę nie funkcjonowały prawidłowo, a usta schły, kurczyły się i
drgały. Wtedy z przedostatniej ławy wysunął głowę Tymkiewicz i donośnie po
polsku szepnął:
— Wojtek, ady k'sobie!
Radek właśnie w owej chwili zebrał się w
kupę, machnął linię prawidłowo i zaczął wybornie dowodzić. Śmiech ogólny
zabrzmiał w klasie. Nawet zimny Nogacki, karcąc Tymkiewicza za odezwanie się
podczas lekcji „w innym języku”, miał na wargach uśmieszek wesoły. Radek prędko
skończył teoremę, rozwiązał zadanie geometryczne i obdarzony stopniem bardzo
dobrym wrócił na miejsce.
Po skończonej lekcji wstał zaraz z ławy,
nim jeszcze profesor wyszedł z klasy, szybko z zagryzioną wargą przybiegł do
Tymkiewicza i od lewicy ściśniętą pięścią uderzył go w zęby raz, drugi…
Napadnięty porwał się do bójki, ale Radek chwycił go za szyję mocną swoją
garścią, trzasnął nim kilkakroć, przywlókł do muru i zaczął bić po chamsku, raz
koło razu, w zęby, w gardło, w nos, w szczękę. Nim zdołano rozerwać walczących,
już z nosa i ust Tymkiewicza krew się puściła strumieniem. […] Po upływie
kilkunastu minut wszedł do sali Kriestoobriadnikow, inspektor, gospodarz klasy,
jego pomocnik i kilku nauczycieli. Radek stał w ławce z głową zwieszoną. Łzy
kapały z rzadka z jego rzęs i rozpryskiwały się zlatując na wierzch ławy. […]
Dyrektor wysłuchał całej sprawy z uwagą i rzekł do nauczycieli obecnych:
— Zdaje mi się, panowie, że nie będę w
niezgodzie z Radą Pedagogiczną, jeżeli Radka wydalę z gimnazjum. Jest to
rozbójnik, nie uczeń. Jest to cham, istotny cham…
Po chwili zwrócił się do winowajcy:
— Radek, ja pana wydalam z gimnazjum raz
na zawsze.
Radek zgarnął swe książki i kajety do
tornistra, zarzucił go na plecy i wyszedł, złożywszy ukłon gospodarzowi klasy,
jakby się oddalał na pauzę. Było już po dzwonku. Korytarz i schody opustoszały.
[…]
— Już po wszystkim… — wymówiły jego
omdlałe wargi. Jak błędny zbliżył się do muru zamykającego podwórze i siadł na
kamieniu, który tam leżał. […]
Wszystkie konające iluzje niby wypuszczony
z więzienia huragan rzuciły się na niego i przytłukły go tysiącem kamieni.
Zgarbił się jeszcze bardziej i zabity na duszy wlepił oczy w liść uschnięty.
Wtem uczuł, że przed nim ktoś stoi. […] Był to Marcin Borowicz, uczeń podówczas
klasy szóstej.
— Panie — mówił tamten — byłem na
korytarzu i słyszałem, jak pana wylewali.
— Co powiadacie, panie? — zapytał Radek
pod wpływem nieszczęścia wymawiając sylaby z chłopska. Oczy miał bez żadnego
wyrazu, przymknięte, szkliste, dolną wargę obwisłą.
— Uważasz pan — mówił żywo Borowicz — trzeba
znaleźć do starego drogę przez protegę. […] Czekaj pan, ja pójdę do
Zabielskiego i będę go nabierał…
[…] Władca gimnazjalny orlim wzrokiem
spojrzał na Radka, który wyprostował się instynktownym ruchem.
— Ostatni raz — rzekł — darowuję ci winę.
Przeprosić się z Tymkiewiczem i zachowywać porządnie. Jesteś na liście
najbardziej podejrzanych osobistości w gimnazjum. Tu bić pięściami nie wolno!
Toteż oświadczam wobec wszystkich kolegów: ostatni raz! Najmniejsze
przekroczenie i bez pardonu pójdziesz precz. Teraz marsz na lekcję!
Jędrek rozstawił nogi, ukłonił się
ogniście i ruszył do klasy. Twarz jego była po dawnemu blada, oczy tak samo
zgasłe, tylko teraz brwi, nozdrza i wargi spazmatycznie drgały. Gdy otoczony
przez chmarę wrzeszczącą miał z powrotem przestąpić próg klasy, nagle się
wstrzymał i zaczął oczyma szukać w tłumie pewnej twarzy. […] Z wielkim
pośpiechem i trudem szukał wciąż myślami owego ucznia, który go wybawił. Rysów
Borowicza wśród omdlenia swego nie zapamiętał. Tkwiło tylko w jego sercu nikłe
wspomnienie twarzy nachylonej… Im dłużej myślał, im goręcej usiłował wywabić z
przeszłości dopiero co minionej całą postać, tym cudowniejszy, jak gdyby
księżycowy blask otaczał ją dokoła. Niepostrzeżone, wewnętrzne łzy Radka, łzy
prędzej duszy niż ciała, płynęły i płynęły na to widmo przeczyste…
XIII
Za pobytu Borowicza klasa szósta liczyła
trzydziestu trzech uczniów. Współtowarzyszów, którzy z nim razem rozpoczęli
kurs nauki od klasy wstępnej, dobrnęło do tego punktu zaledwie kilkunastu.
[…]
Jeszcze w klasie piątej, za delikatną
podnietą inspektora, Borowicz założył wśród swych przyjaciół kółeczko
zbierające się w niedzielę po nabożeństwie na jednej ze stancji w celu
studiowania literatury rosyjskiej, a to dla lepszego pisania ćwiczeń. W klasie
szóstej literaci mieli w swym gronie już kilkanaście osób, a po świętach Bożego
Narodzenia złączyli się z dwiema takimiż grupami z klasy siódmej i ósmej,
odbywali zebrania wspólne w mieszkaniu pewnego siódmoklasisty, a częstokroć w
mieszkaniu samego inspektora. Na tych posiedzeniach czytano i roztrząsano
byliny, utwory Karamzina, Żukowskiego, Gribojedowa, Puszkina, Lermontowa,
Kryłowa, Gogola, Ostrowskiego itd. Lektura dzieł tych pisarzów rozwijała
instynkty artystyczne młodzieży. […]
Niektórzy z odczytowiczów szli jeszcze
dalej i pisali wprost programy dla Polaków, długie do nich odezwy albo hymny na
cześć Rosji. Szczególną płodność w tym ostatnim kierunku zdradzali
starozakonni. Zdolniejsi uczniowie z klasy siódmej i ósmej sadzili się również
na politykę, ale w formie nieco mniej pospolitej. Pisali tedy o śmiertelnie
nudnym wstępie Karamzina do Historii państwa rosyjskiego, o utworach Gogola
nękających „Polszę”, o wierszu Puszkina pt. Oszczercom Rosji itd. […]
XIV
[…] Kostriulew, wykładający
historię, wszedł do klasy i zasiadł na katedrze. Był to rusyfikator w
najbardziej wulgarnym znaczeniu tego wyrazu. Podczas każdej prawie lekcji
wywlekał sprawy bolesne dla młodzieży polskiej (gdyby ta czuć była w stanie),
rozwijał je i poza kursem gimnazjalnym narzucał do uczenia się mnóstwo faktów
zbytecznych. W podręczniku historii Iłowajskiego była krótka i
charakterystycznie moskiewska wzmianka o upadku Polski. Kostriulew nie
poprzestał na niej, lecz przynosił ze sobą jakieś rękopiśmienne foliały, co
zwał „dopełnieniem”, i stamtąd wyczytywał przeróżne skandale. Tego dnia
przesłuchawszy zaledwie jednego uczniaka rozłożył swój manuskrypt i rzucając na
przemiany jadowite uśmiechy i spojrzenia, zaczął czytać. Długo i szeroko
malował historię „dobrowolnego” prawosławia na Litwie, wyliczał przykłady
zdzierstw księży katolickich, scen gorszących z ich życia itd. Godzina miała
się już ku końcowi, gdy widocznie dla zilustrowania stanu rzeczy dobitnym
faktem wyłuszczać zaczął sprawę konfiskaty wielkiego klasztoru żeńskiego w
okolicach Wilna.
— Gdy wywieziono mniszki — mówił —
delegowani zabrali się do zbadania gmachu. W trakcie rewizji cel przypadkiem
odkryto schody tajne prowadzące do lochów podziemnych, gdzie oczom przybyłych
ukazał się widok nieznośny. Stało tam mnóstwo maleńkich trumienek drewnianych,
prawie jednakiego wymiaru, a mieściły się w nich trupy dzieci ledwo
narodzonych. Jedne z tych trumienek były już zupełnie zbutwiałe, widocznie
przed wiekiem, inne rozsypywały się w proch, a były i zupełnie nowe, lśniące
białością drzewa sosnowego…
Pedagog przerwał na chwilę czytanie i
obrzucił spojrzeniem słuchaczów. Wtedy Walecki powstał ze swego miejsca i rzekł
ostro:
— Panie nauczycielu!
— A co tam? — zapytał Kostriulew,
poprawiając swe niebieskie binokle.
— Panie nauczycielu! — mówił „Figa” głosem
wzburzonym, drżącym, ale do najwyższego stopnia zuchwałym — ja… to jest… ja w
imieniu moich kolegów… uczniów klasy siódmej, ja proszę, ażebyś pan nie czytał
tutaj podobnych rzeczy.
— Co takiego? — zawołał historyk, zrywając
się z krzesła.
Walecki wspiął się na palcach i oparty
rękami o wierzchnią deskę ławki, pochylony naprzód, mówił coraz głośniej tonem,
który ciął niby damasceńska szabla:
— Ja jestem katolikiem i nie mam prawa
słuchać tego, co pan czytasz. Dlatego w imieniu całej klasy, w imieniu… całej
klasy…
— Milczeć, smarkaczu! — wrzasnął
nauczyciel, zstępując z katedry.
Był to najboleśniejszy epitet, jaki mógł
usłyszeć ten mały „katolik”. Słowo „smarkacz” przeszyło go jak bagnet. Toteż
nozdrza klasycznego nosa zaczęły mu drgać, brwi skoczyły do pół czoła, twarz
zbladła jak papier.
— Ja nie chcę słyszeć tego, co pan
czytasz! — krzyknął na cały głos. — Tego nie ma w kursie, a zresztą jest to
potwarz i nędzny fałsz! Nędzny fałsz! Ja w imieniu całej klasy…
Kostriulew mruknął coś pod nosem, zebrał
na kupę co tchu swój rękopis, dzienniki, książkę Iłowajskiego i gwałtownym
krokiem wyszedł z klasy. Walecki usiadł na swym miejscu, podparł głowę
pięściami i został tak bez ruchu. W sali zaległa cisza. Nie słychać było
żadnego szmeru, żadnego oddechu. Wtem Borowicz rzekł półgłosem, który wśród tej
ciszy i wytężonego milczenia sprawił wrażenie krzyku:
— To ci ognisty katolik!
Walecki natychmiast podniósł głowę,
odwrócił się, zmrużył oczy i szepnął przez ściśnięte zęby:
— Tak, ty… libertynie!
— „Pomidorowiec”… — odpowiedział mu
Borowicz. — On „w imieniu całej klasy”…
Zaledwie zdążył wymówić te słowa, gdy
drzwi się z trzaskiem otwarły i wkroczył do klasy cały prawie sztab
gimnazjalny. […] Inspektor tymczasem wdrażał już formalne śledztwo. Zwrócony do
klasy pytał stanowczym głosem:
— Czy upoważniliście Waleckiego do
zakładania protestu?
Uczniowie milczeli.
— Kto delegował Waleckiego? Winni, którzy
się przyznają natychmiast, zmniejszą sobie karę o połowę. Później Rada
Pedagogiczna będzie nieubłaganą.
Znowu odpowiedziano milczeniem. Żaden z
kolegów nie naradzał się z Waleckim, a prawo koleżeństwa domagało się obrony
współtowarzysza. Nikt nie wiedział, co począć. […]
— Borowicz! czy byłeś pan w zmowie z
Waleckim, czy dawałeś mu jakie zlecenia?
Marcin wstał ze swej ławy i milczał,
śmiało patrząc w oczy dyrektora.
— Więc jakże?
— Ja nie mogłem do wystąpienia namawiać
kolegi Waleckiego, gdyż uważam za bardzo użyteczne te „dopełnienia”, które nam
właśnie czytał profesor Kostriulew. Był to krytyczny rzut oka na machinacje
jezuitów w upadającej i upadłej Polsce. Mnie się zdaje, że my wszyscy z
przyjemnością słuchaliśmy uwag nadprogramowych i muszę wyznać, że Walecki
protestował tylko we własnym swoim imieniu.
[…] Gdy sztab profesorski znalazł się za
drzwiami, wszyscy zerwali się z miejsc, zbili w gromadki i poczęli z krzykiem
rozprawiać o fakcie dokonanym.
— Jeżeli to nie jest świństwo — rzekł swym
grubym głosem najstarszy w klasie kolega drugoroczny, dla potężnego nosa zwany
„Pieprzojadem” – to niech mi zaraz Goldbaum daje byka w ucho… […]
— Nie przypuszczam, a zresztą to trudno! —
zapalił się Marcin. — Że jemu się zachciewa bronić „pomidorów”, to jeszcze nie
racja, żebyśmy wszyscy mieli być wyrzuceni. Co do mnie, to utrzymuję stanowczo,
że Kostriulew miał zupełną słuszność. W nauce historii chodzi o prawdę, o
prawdę i jeszcze raz o prawdę. Należy mieć jakieś zdanie. Albo się je ma i w
takim razie nie można bronić polsko-jezuickich morderczyń nieprawych dzieci,
albo się jest trąbą klechów… […]
— Mówię, że to jest świństwo pomnożone
przez łajdactwo — mruknął znowu kolega „Pieprzojad”, szczypiąc do góry wąsiki i
rozczesując czuprynę grzebieniem.
Za ścianą gwar wzmagał się coraz bardziej,
stawał się zgiełkliwy jak wściekła kłótnia, czasami znowu nacichał zupełnie. W
pewnej chwili dał się słyszeć krzyk Waleckiego, spazmatyczny, rozpaczliwy…
Uczniowie rzucili się do drzwi, postawali na ławkach, wspięli się na palce i
wyjrzeli na korytarz przez szybki we drzwiach. Zobaczyli wkrótce Waleckiego w
otoczeniu trzech stróżów i pana Pazura, którzy go nieśli w powietrzu. „Figa”
rwał się i siepał w rękach jak lis złapany w żelaza. W pobliżu kancelarii stała
jego matka. Twarz jej nic nie wyrażała, tylko wargi chwilami odymały się w
szczególny sposób i lewa powieka dygotała. Gdy „Figę” wwalono we drzwi izby
zwanej „zapasową”, pani Walecka zwróciła się szybko ku wyjściu. Szła przy samej
ścianie i coś mamrotała do siebie… Wkrótce przyszedł do klasy Rutecki, skazany
na długą kozę, z wieścią, że mały za zgodą matki, a w zamian za wypędzenie z „wilczym
biletem” — dostanie rózgi…
W połowie następnej lekcji, którą odbywał
wiecznie spokojny matematyk, drzwi się uchyliły i pan Majewski wpuścił do sali
Waleckiego. Nieszczęsny buntownik miał twarz tak nabiegłą krwią, że wydawała
się prawie czarną. Dolna warga była wysunięta jak u matki, białe zęby dolnej
szczęki nakrywały wargę górną, oczy cofnęły się i skryły pod boleśnie
zsuniętymi brwiami. Szedł do swego miejsca z wolna, jakby omackiem. Gdy je miał
już zająć, w przeciągu jednego momentu wejrzał na Borowicza. Marcin wtedy
zadrżał, było to bowiem spojrzenie straszliwe.
XV
Na początku trzeciego kwartału, po
przyjeździe ze świąt Bożego Narodzenia, uczniowie klasy siódmej zastali nowego
kolegę. Był nim Bernard Sieger, wydalony z tejże klasy któregoś gimnazjum w
Warszawie. Nikt z klerykowian nie miał wiadomości autentycznych, za co
właściwie Sieger był ze stolicy raz na zawsze wypędzony, a do Klerykowa
przyjęty. Chodziły tylko niezdecydowane pogłoski, że to „ptaszek”. Z czasem
dopiero jeden z ósmoklasistów, któremu zdarzyło się być podczas świąt w
Warszawie, oświetlił nieco sprawę, rozgłaszając, że tajemniczy przybysz
wyrzucony został za niebłagonadiotnost'. Do Klerykowa, według tejże relacji,
udało mu się wstąpić za specjalnym zezwoleniem kuratora okręgu naukowego, który
znowu miał dać takie zezwolenie dzięki wstawiennictwu jednej ze znakomitych
figur wielkiego świata.
W nowej szkole Sieger natychmiast otoczony
został szczególniejszą opieką. Mieszkał sam jeden u pana Kostriulewa i poza
murami szkoły nie miał prawa stykać się z kolegami. W gimnazjum pilnowano go
również w sposób niezostawiający nic do życzenia. Codziennie ktoś upoważniony,
a więc pan Majewski, inspektor, dyrektor, Mieszoczkin — rewidował jego
tornister, wszyscy udzielali mu admonicji surowszych niż innym, a do wydawania
lekcji powoływano go bez ustanku. Bernard Sieger miał lat osiemnaście,
dziewiętnaście, był wzrostu średniego, krępy, nieco ospowaty. Rysy twarzy miał
wyraziste, nos duży, oczy barwy nieokreślonej jak woda. Oczy te patrzały spokojnie,
ale ze szczególną uwagą. Sieger nigdy nie zdradzał strachu lub złości, gdy go
niepokojono, gdy mu rozkazującym tonem czegoś „surowo zabraniano”. Na twarzy
jego malował się stale pewien wyraz, który można by chyba ochrzcić imieniem —
uprzejmej drwiny. […]
Sieger żył całkiem samotnie. Wprost
z klasy szedł do mieszkania. Na spacer, na łyżwy, po sprawunki — tylko z
cerberem Kostriulewem. […]
Pewne trudności miał Sieger z
uczęszczaniem na lekcje języka polskiego. Zrazu władza wzbraniała mu wstępu na
wykłady prof. Sztettera i dopiero po upływie miesiąca dała swe zezwolenie.
Tego dnia lekcja języka „miejscowego” była
ostatnią z rzędu, a więc przypadła między godziną drugą a trzecią. Sztetter
wszedł do klasy jak zwykle z wyrazem niechęci na twarzy, zasiadł i wnet
wymienił czyjeś nazwisko prosząc o tłumaczenie z języka polskiego na rosyjskie
wiersza Czajkowskiego pt. Pająk.
Ten, kogo spotkał los tak nudny, pragnąc
wykręcić się, zaczął gadać (rozumie się, po rosyjsku):
— Panie profesorze, mamy nowego ucznia.
— Nowy kolega, z Warszawy uczeń… —
błaznowali inni.
— Nowy uczeń? — spytał Sztetter ze
zdziwieniem. — Gdzie, jaki uczeń? […]
— Niech będzie Zygier… — powiedział. —
Chcesz pan uczęszczać na lekcje języka polskiego?
— Rozumie się! Przecież to nasz język
ojczysty… (Wied' eto nasz rodnoj jazyk).
Sztetter obejrzał szybkim lotem drzwi
oszklone, tego ucznia, dziennik i poruszył wargami, jak gdyby mówił jakieś
słowo, czego przecie nikt nie dosłyszał. Po chwili rzekł:
— No… czytaj pan!
Zygier wziął książkę ułożoną przez prof.
Wierzbowskiego i zaczął czytać wskazany urywek. Koledzy jego, widząc, że
prezentacja skończona i że rozpoczynają się zwykłe „nudy narodowe”, wzięli się
do odrabiania lekcji, do jawnego czytania rzeczy postronnych albo wprost
układali się jako tako do drzemki. […] Tymczasem Zygier odczytał i
przetłumaczył na język urzędowy kilka strof wiersza, a potem rozbierał kolejno
zdania pod względem gramatycznym i logicznym. Zastanowiło wszystkich, że czynił
to nadzwyczaj starannie i że rozbierał po polsku. Sztetter oparty ramieniem na
krześle dźwignął zwieszoną głowę i bębniąc w stół palcami spod oka przyglądał
się Zygierowi. Podmiot, orzeczenie, słowa określające, rzeczownik, zaimek,
mianownik, dopełniacz, celownik, imiesłowy odmienne, nieodmienne itd. brzmiały
w tej klasie tak dziwnie, tak jakoś zabawnie, że wszyscy uczniowie, słysząc to
raz pierwszy, spoglądali ze śmiechem to na profesora, to na ucznia ciągnącego
rzecz swoją ze skupieniem i uwagą. Ukończywszy rozbiór całego wiersza, Zygier
złożył książkę na ławie. Nauczyciel otworzył swój notes prywatny, dziennik
klasowy, ujął za pióro, wykręcał je w palcach i myślał o czymś głęboko.
— Dosyć… — rzekł wreszcie. — Mam panu
stawiać stopień. Ale jaki? Cóż ja panu postawię? Ja nie mam tu… na to… stopnia,
panie Zygier…
Mówiąc tak, znowu przyglądał się nowemu
uczniowi i wracał do niego oczyma kilkakroć, jakby ich nie był w stanie zdjąć z
tej twarzy. Zygier stał w ławce, mierząc Sztettera swym uważnym i spokojnym
wejrzeniem.
— Proszę mi powiedzieć — rzekł jeszcze nauczyciel
— co pan czytałeś, w jakim kierunku?
— Czytałem… tak dosyć rozmaitych rzeczy.
— A z literatury polskiej?
— Uczyliśmy się kolejno, systematycznie,
okresami.
— Tak, tak… — mówił Sztetter, zabawnie
strzepując ręką piasek z dziennika — no i jakież to tam okresy?
— Czytaliśmy utwory wieku złotego dosyć
pobieżnie, za to romantyków szczegółowo.
— Któż to… my? — zapytał nauczyciel daleko
ciszej i patrząc we drzwi.
— To tam, w Warszawie… my… sami…
— Cóż pan czytałeś np. z Mickiewicza?
— No, zdaje się… Niektórych rzeczy żadną
miarą nie mogliśmy dostać.
— Ja się o to nie pytam, nie chcę
wiedzieć! Jakiż utwór podobał się panu najbardziej?
— Czy ja wiem? „Trzecia część”…
Improwizacja, Pan Tadeusz, Księgi Pielgrzymstwa…
Sztetter umilkł. Po chwili zapytał jeszcze.
— No, a cóż pan wiesz o Mickiewiczu?
Uczeń wyraźnie, jasno i bardzo szczegółowo
opisał w języku rosyjskim młodość poety, związek Promienistych, Filomatów i
Filaretów, aresztowania, uwięzienie i deportację. Wprost od tych szczegółów
najniespodzianiej zjechał z Wilna do Warszawy i już nie ku profesorowi, lecz w
stronę klasy zwrócony jął wyborną i bardzo piękną ruszczyzną z chwalebnym
uniknięciem „polonizmów” plastycznie malować napad podchorążych na Belweder w
nocy 29 listopada.
Oszołomiony belfer, pragnąc co tchu
przerwać ten wykład, rzucił pytanie:
— Umiesz pan może co na pamięć?
— Tak, umiem to i owo.
— Proszę powiedzieć.
Zygier złożył książkę, przez chwilę się
namyślał i wnet zaczął mówić głosem nie donośnym, ale dźwięczącym jak
szlachetny metal:
Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na
działo…
Usłyszawszy te wyrazy, Sztetter zerwał się
na równe nogi i zaczął machać rękami, ale Zygier nie umilkł. Jakby odepchnięty
jego wzrokiem nauczyciel siadł na swym krześle, podparł głowę rękoma i nie
spuszczał oka z szybek we drzwiach. W klasie stała się cisza. Wszystkie oczy
skierowały się na wypowiadającego „wiersze polskie”. Ten mówił równo, ze
spokojem i umiarkowaniem, ale jednocześnie z jakąś ukrytą w słowach wewnętrzną
gwałtownością, która kiedy niekiedy, w pewnych cezurach, wymykała się między
sylabami. Dziwne, niesłychane słowa przykuwały uwagę, potężny obraz boju
roztwierał się przed oczyma słuchaczów — i nagle mówca dźwignął swój głos o
stopień wyżej:
Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą
spiże,
Gdy poselstwo francuskie twoje stopy liże,
Warszawa jedna twojej mocy się urąga!
Podnosi na cię rękę…
Nauczyciel syknął i zaczął wstrząsać
głową. Wtedy „Figa”- Walecki wylazł ze swej ławki, zbliżył się do drzwi, wspiął
na palce i spoglądając uważnie w korytarz machnął ręką na Zygiera, żeby gadał
dalej. Nie była to już recytacja utworu wielkiego poety, lecz oskarżenie
uczniaka polskiego zamknięte w zdarzeniach bitwy. Był to własny jego utwór,
własna mowa. Każdy obraz walki dawno przegranej wydzierał się z ust mówcy jako
pragnienie uczestnictwa w tym dziele zgubionym. Uczucia dziecięce i
młodzieńcze, po milionkroć znieważane, leciały teraz między słuchaczów w
kształtach słów poety, pękały wśród nich jak granaty, świszczały niby kule,
ogarniały dusze na podobieństwo kurzawy bojowej. Jedni z nich słuchali
wyprostowani, inni wstali z ławek i zbliżyli się do mówcy. Borowicz siedział
zgarbiony, podparłszy pięścią brodę i rozpalone oczy wlepił w Zygiera. Dręczyło
go przemierzłe złudzenie, że on to wszystko już niegdyś słyszał, że on to nawet
gdzieś jakby własnym okiem widział, ale nie mógł pojąć, co będzie dalej — i
słuchał, słuchał ze wstrętem i złością, ale z dreszczem dziwnego bólu w
piersiach. Wtem Zygier zaczął mówić:
…nieraz widziałem
Garstkę naszych, walczącą z Moskali
nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: — pal!
nabij!
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi,
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza
czynność,
Na koniec bez rozkazu pełnią swą
powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci
Żołnierz, jako młyn palny, nabija, grzmi,
kręci
Broń od oka do nogi, od nogi — na oko…
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała… Nie znalazła… I żołnierz
pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie
władnął
I poczuł, że go pali strzelba rozogniona,
I puścił ją, i upadł… Nim dobiją, skona…
Borowicz zamknął oczy. Znalazł już
wszystko. […] Serce Marcina szarpnęło się nagle, jakby chciało wydrzeć się z
piersi, ciałem jego potrząsało wewnętrzne łkanie. Ścisnął mocno zęby, żeby z
krzykiem nie szlochać. Zdawało mu się, że nie wytrzyma, że skona z żalu.
Sztetter siedział na swym miejscu wyprostowany. Powieki jego były jak zwykle
przymknięte, tylko teraz kiedy niekiedy wymykała się spod nich łza i płynęła po
bladej twarzy.
XVI
Miejscem bardzo drogim dla Borowicza i
jego kolegów przez cały czas egzystencji w klasie ósmej był tak zwany Stary
Browar, obszerna posesja leżąca u wejścia na przedmieście wygwizdowskie. […]
W tej oficynie mieszkali na piąterku
rodzice Mariana Gontali, ósmoklasisty, jednego z kolegów Borowicza. […]
Wędrowali tym szlakiem [do Gontali –
przypisek nauczyciela] wszyscy, a najczęściej: Zygier, Borowicz, Walecki,
Pieprzojad i siódmoklasista — Andrzej Radek. Gdy Gontala wracał ze swych korep
o godzinie dziewiątej, dziesiątej, wypił na dole „u starych” herbatę i przybył
do lokalu, a miał czas wolny lub chciał zobaczyć się z przyjaciółmi, wówczas
zapalał świecę i stawiał ją w oknie. Radek widział to światło, wysoko w górze
niby daleką gwiazdę błyszczącą, ze swego okna strzeżonego przez badyl głogu.
Zygier codziennie około godziny dziesiątej zmykał sprzed nosa Kostriulewa i
szedł jeśli nie do Gontali, to do Radka. Z tym ostatnim łączyły go węzły
przyjaźni na śmierć i na życie. […]
Zakaz policyjny, traktujący geniusz
Mickiewicza jako niebyły, usiłujący zniweczyć pamięć o czynach i życiu
Kościuszki, wzmógł tylko ciekawość, energię badania i miłości. Czytano rzeczy
„zabronione” ze zdwojoną starannością, uczono się ich namiętnie i z
uniesieniem, czego nie byłoby może, gdyby te dzieła były legalnymi, jak pisma
Puszkina i Gogola. W szafce wyrzuconej przez rodzinę Płoniewiczów do pokoju
Radka mieściły się zniszczone, oddane na łaskę i niełaskę szczurom, utwory
Mickiewicza i Słowackiego, Historia powstania listopadowego Maurycego
Mochnackiego, mnóstwo pamiętników z r. 1831 i 63, broszury polityczne, wydanie
pisarzy okresu Zygmuntowskiego, przekład Boskiej Komedii, dzieł
Szekspira, powieści Wiktora Hugo, Balzaka itd., wreszcie dosyć utworów
literatury „miejscowej”. […]
Gdy Borowicz przeczytał Dziady, nie
był w stanie z nikim mówić. Uciekł do najbliższego lasu i błąkał się tam
pożerany przez nieopisane wzruszenie. W zachwycie jego tkwiło coś bolesnego,
jakieś przypomnienie mętne i zamglone, a przecie żywe niby ciągle w uchu
dzwoniący płacz nie wiedzieć czyj, nie wiedzieć kiedy słyszany, a może
niesłyszany nigdy, tylko razem z istnością poczęty w łonie matki, gdy
brzemienna chodziła około uwolnienia męża z fortecy i w milczeniu płakała nad
męką, nad klęskami, nad niedolą i boleścią ginącego powstania… Poezja i
literatura epoki Mickiewicza odegrała w życiu Marcina rolę niezmiernie
kształcącą. Przechodził wśród tych arcydzieł jak przez chłostę, jak między
szeregami osób, które na niego patrzały ze wzgardą. Dusza jego pod wpływem tej
lektury mocowała się z własnymi błędami, ulepszała w sobie i staliła się raz na
zawsze w kształt niezmienny niby do białości rozpalone żelazo rzucone w zimną
wodę. […]
Borowicz […] miał skoczyć w uliczkę, gdy
wtem w kręgu światła padającym od jedynej w tych okolicach latarni spostrzegł
wysoką personę w cylindrze i długim paltocie z bobrowym kołnierzem.
— Majewski — wyszeptał Borowicz,
gorączkowo usiłując przyprowadzić do porządku spłoszone myśli i znaleźć
niezwłoczny środek ratunku dla siebie i kolegów. […]
Rozumiał teraz, że Majevius otrzymał
doniesienie czy sam wyśledził, jako uczniowie łażą do żydowskiego sadu przez
dziurę w parkanie, ale nie wiedział, którą deskę należy ruszyć na bok, żeby
uformować przejście. Tego miał dosyć. […] Gdy już był naprzeciwko Majewskiego,
przysiadł, zgarnął rękoma ogromną kupę gęstego i cuchnącego błota, urobił je na
pigułę wielkości bochenka chleba i grzmotnął nią z całej siły w pedagoga
wędrującego wzdłuż gzymsu po tamtej stronie rowu. Majewski jęknął głucho i
stanął w miejscu. Borowicz lepił już tymczasem drugą kulę, jeszcze bardziej
wolną, i natychmiast zrobił z niej właściwy użytek. „Profesor” widocznie
stracił głowę, gdyż stał na miejscu bez ruchu i tylko głębokimi stęknięciami
świadczył o celności pocisków. Borowicz nie ustawał. Przysiadł na ziemi, chwytał
całe bryły i prał z wściekłością. Czyniąc to, przez ściśnięte konwulsyjnie zęby
szeptał do siebie:
— Masz, psie, masz, draniu! Masz — za
teatr, masz za inspektorskie zebrania, masz za literaturę! Tyś mnie chciał do
siebie podobnym… Masz, renegacie, masz, szpiegu, masz, szpiegu!
[…] W świetle latarni Majewski
ukazał się oczom jego w postaci straszliwej. Było to istne monstrum stąpające
na nogach szeroko rozstawionych, odziane w kupę błota i przykryte cylindrem
zmiażdżonym jak stary kalosz. Marcin zaśmiał się jeszcze i ruszył z powrotem.
Szybko w dawnym miejscu przerzucił kładkę, wlazł do ogrodu i wiadomym bocznym
wejściem, po zameldowaniu się młodym Gontalom, wbiegł na górę.
[…] Gdy Borowicz wkroczył do izby, wszyscy
zarzucili go pytaniami, dlaczego tak późno przychodzi. Marcin nabrał tchu, a
raczej dymu w płuca, wysapał się i mówił:
— Zabierajcie, o ándres klerykowiajoj,
manatki i rwijcie stąd z kopyta!
— Co? dlaczego? — wołano naokół.
— Zabierajcie manatki, bo tu niezwłocznie
może być rewizja! Nie ma o czym długo gadać. Jutro rozpowiem. […]
Wszyscy spiesznie opuścili górkę, zbiegli
ze schodów i minęli ogród. Za radą Borowicza wysuwano się […] pojedynczo i w
pewnych odstępach czasu. Wkrótce wszyscy rozpierzchli się na wsze strony świata
— a w okolicy kanału zaległa zwykła, głucha cisza i pustka. Około godziny
dwunastej z uliczki brukowanej dał się słyszeć łoskot kroków kilku osób. To pan
Majewski, przebrany i osuszony, w towarzystwie dwu strażników miejskich
przybywał na miejsce, gdzie tyle wycierpiał. Stójkowi mieli ze sobą ślepą
latarkę. Otwarłszy ją znienacka, zbadali miejsce. Wbrew twierdzeniom pedagoga
dyl leżał nad kanałem, a dziury w parkanie opiekunowie bezpieczeństwa
publicznego i teraz odszukać nie mogli. […] Ponieważ jednak noc była ciemna i wietrzna,
a w okienku Gontali światło zagaszone, więc i sam pan Majewski zdecydował się
odłożyć zemstę ad calendas graecas i ruszył do domu.
XVII
[…] Pewnego razu, w pierwszych dniach
maja, wyszedł o świcie z kursem historii w ręku, żeby się ocucić po nocy
spędzonej nad książką. Mijając park skręcił w boczną uliczkę z zamiarem napicia
się wody ze źródła. Gdy stanął u kresu złotej ścieżki w pobliżu basenu, serce w
nim zamarło…
Pod cieniem grabów, otoczona książkami,
siedziała na kamiennej ławce — „Biruta”. Była to jedna z lepszych uczennic
klasy siódmej gimnazjum żeńskiego, panna Anna Stogowska, zwana „Birutą”. […]
Borowicz zakochał się w pannie Annie przy
końcu zimy. W dzień mroźny i śniegowy szedł w stronę gimnazjum i spotkał
panienkę zdążającą do cerkwi. Było to w epoce najzajadlejszych dysput i czytań
u Gontali. Borowicz spojrzał przelotnie na idącą, odniósł w roztargnieniu jak
gdyby dawne, martwe, rusofilskie wrażenie: — ach, to ta… „Birutka” — i nagle
przypomniał sobie, co mu o niej mówiono. Skręcił na miejscu i wlókł się za nią.
„Biruta” szła wolnym krokiem. Śnieżynki lekkie jak puch płynęły w powietrzu i
krążyły dokoła tej głowy ubranej w barankową czapkę. Jedne z nich siadały
potajemnie na promieniach jasnych włosów wymykających się spod czapki, inne obcesowo
pędziły do ust różowych i za tę śmiałość świętokradzką konały w gorącym
oddechu, jeszcze inne czepiając się brwi i długich rzęs zaglądały w smutne
oczy. Borowicz raz tylko w nie spojrzał i wnet zleciało na niego jakby wśród
widnego dnia wypadające zaćmienie słońca. Te duże lazurowe źrenice, co
udzielały nawet białkom nikłej półbarwy błękitu, wcieliły się w jego duszę… […]
Tymczasem skończył się rok szkolny,
przyszły święta i wkrótce zwaliło się powtarzanie. Marcin w ciągu tego okresu
widział pannę Annę raz jeden. Kuł z wściekłością po całych dniach, nieraz do
bladego przedświtu. Wówczas wychodził z domu i krążył jak szyldwach po ulicy,
około domu, gdzie mieszkała „Biruta”. […]
Od tej chwili patrzał w nią jak w tęczę.
Reflektował się, że to źle, że może wszystko stracić, jeśli panienka rozgniewa
się i odejdzie, ale był to głos rozsądku wołający na puszczy. Nienasycone oczy
upajały się bez końca i tonęły w swym szczęściu. „Biruta” nie poświęcała temu
wszystkiemu ani przelotnej uwagi. Uczyła się gorliwie czegoś na pamięć, bo
bezpretensjonalnie ruszała wargami, widocznie przyswajając sobie jakieś wyrazy,
frazesy czyli liczby. W pewnej chwili przelotnie rzuciła okiem na sąsiada i
zmieszała się, spostrzegłszy jego twarz opromienioną uśmiechem zachwytu, zbladłą,
podobną do oblicza człowieka, którego zraniono śmiertelnie i którego krew
uchodzi. Wtedy dreszcz bolesny wstrząsnął nią od stóp do głów… […]
„Biruta” miała powieki spuszczone. Zaczęła
się uczyć, ale nie mogła widocznie, bo wzrok jej ze stronic książki przeniósł
się na kamyki pod stopami i tam uwiązł. Czuła wejrzenie zakochanego, bo
kilkakroć rzęsy jej drgały, jakby strząsając ze siebie ciężar cudzego wzroku.
Policzki okrywały się cudowną barwą, to znowu prędko bladły… Marcin wysyłał do
niej w spojrzeniu całą swoją duszę, tysiące słodkich nazw, dzieje rozmyślań,
tęsknot, żalów, błagał ją w myśli jak ginący z pragnienia o jedną kroplę wody.
I oto po długim czasie te powieki z wolna się usunęły. […]
XVIII
Na początku września tegoż roku Borowicz,
jako już młodzian „dojrzały” i cywilny, przybył do Klerykowa z wakacji niby to
w celu załatwienia jakichś spraw koleżeńskich niecierpiących zwłoki. Ogorzała
twarz jego była chuda, wzrok mu płonął. Od wyznania w parku miłości
spojrzeniami, bez słów, nie widział „Biruty” ani razu. Na próżno szukał jej
wszędzie, na próżno czatował po rogach ulic, w bramie sąsiedniej kamienicy, w
parku, u ścian gimnazjum żeńskiego, we dnie i nocami. Zginęła dlań, jakby się w
ziemię zapadła. Wiedział tyle tylko, że jest w Klerykowie i że zdaje na patent
dojrzałości. Egzamina pisemne i ustne, wręczenie świadectw, uczta pożegnalna,
zdjęcie mundurów, ostatni dzień i ostatnia noc w Klerykowie — wszystko to
minęło dla niego jak nierzeczywistość luźnie tycząca się jego osoby. Wakacje
spędził w domu ojca, który zapadł był bardzo na zdrowiu. Marcin musiał
prowadzić całkowicie gospodarstwo folwarczne, pilnować sianokosu i żniw. Gdy
już wszystko sprzątnął, wyrwał się z domu na kilka dni. Ledwie wysiadł z
bryczki, umył się w zajeździe i pędem wybiegł z jego bramy — padł w otwarte
ramiona „starej Przepiórzycy”. Babcia rozpłakała się z miejsca. […] Nie było
sposobu. Marcin musiał razem z nią iść na uroczystą kawę. […]
— Gimnazjum skończył! No i cóż teraz — do
ojca na wieś walisz?
— Ale gdzież tam — jadę do Warszawy…
— A ty tam po co?
— No, na uniwersytet.
— Jest! Znowu na uniwersytet… Co ci po
tym, wal na wieś, zajmij się interesami starego!…
— Nie, ja pojadę do Warszawy. […]
— O nas to już wiesz pewno, Marcinek?
— Cóż ja mam wiedzieć?
— No, jak to? Że nam stancję zamknęli…
— Pierwsze słyszę!
— Tak, tak! Kriestoobriadnikow wezwał mię
do siebie przed dwoma tygodniami i zapowiedział, żebym sobie kosztów
oszczędziła, bo on nam stancji trzymać nie da, niby katoliczkom. Od tego,
powiadał, będą specjalne Moskiewki, a następnie jakieś tam internaty.
— Czy podobna? — rzekł Marcin szczerze
zmartwiony.
— Już my nawet sprzedali, co się dało:
stoły, krzesła, lampy. Szukamy mniejszego lokalu, bo po cóż nam taka buda?
Staruszka otarła łzę bezwiednym ruchem,
jakby spędzała muchę. […]
Wprost z Wygwizdowa Borowicz cwałem
pobiegł na ulicę „Biruty”. […] O, gdyby ją mógł zobaczyć, gdyby tylko raz
spojrzeć!…
Z dala już dostrzegł, że z okien wyjęte są
żaglowe story i firanki, a większość tych okien poroztwierana tak jednostajnie,
że z mieszkania wiała pustka. W głębi jednej z sal widać było podwójną drabinę
z białego drzewa, zachlapaną olejnymi farbami. Dalej, na miejscu pięknych
złocieni w białych wazonikach, stał garnek z niebieską ultramaryną i sterczący
w nim gruby pędzel.
[…] Borowicz wszedł w bramę i spotkał tam
starą i unurzaną w brudzie stróżkę, która oczyszczała miotliskiem na długim
kiju bramę wjazdową.
— Proszę pani — szepnął, wsuwając babie w
rękę pół rubla — czy doktor Stogowski teraz przyjmuje chorych?
— Ten, co tu na górze mieszkał, ruski
doktor, to się już wyprowadził, ale przyjdzie na kwaterę to samo doktor, tylko
inszy, a tera nie ma żadnego… — rzekła babina, osłupiała z podziwu na widok
takiej kupy pieniędzy.
— A gdzież tamten?
— Tamtego przeniesły aże w głęboką Rosiją.
— W głęboką Rosiją? — powtórzył Marcin
dygocącymi wargami.
— Mówił ta dzieńszczyk, że tam niby ten
doktor Stogowski będzie brał lepszą zasługę. Na jednoroła tam poszedł, to samo
przy wojsku.
— Ale gdzież to jest?
— Gadał on toto, ale ja nie potrafię
wymówić. Jakosi tak jakby… Śmierno, czy co?
— A czy to już wyjechali?
— O, już będzie z pięć niedziel, jak
pojechały.
— I ta panienka, córka, to samo?
— A ino, pojechała i ona. Zapłakała se, chudziątko,
jak przyszło włazić na furę. Jeszcze mi złotówkę wetknęła, żem, widać,
sterczała jako się patrzy przy bramie.
Marcin odszedł stamtąd. Nie widział ani
jednego przechodnia, instynktem prawie trafiał z ulicy w ulicę, z ulicy w
ulicę, z ulicy w ulicę. […]
Po cóż to wszystko ludzie robią, po co
czynią dobrowolnie na złość słabszym spośród siebie, dzieciom? Toż to jest
pomoc udzielona młodości przez wiek i rozum dojrzały? Nic, tylko mściwe,
obłudne a umyślne łganie, gdzie się da, podstawienie nogi, żebyś upadł i żebyś
się rozbił. A ty wierzysz, że wykujem lemiesze z pałaszy skrwawionych… —
zapłakał w głębi serca.
Wtem dał się słyszeć nad nim cichy głos:
— Borowicz, panie, panie… […] Cóż ci to,
Borowicz, cóż ci to?
Marcin nie był w stanie rzec słowa, nie
mógł patrzeć, wyciągnął tylko rękę i wspomógł się na siłach, czując uściśnienie
kościstej, a jakby z żelaza urobionej prawicy Radkowej.